monk sandals

Pierwsze treningi w sandałach biegowych

10455938_259574494237345_8296453639002859522_n

Nie jestem sandałowym guru, ale kilka miesięcy biegania w takich butach (?) mam już za sobą, w związku z czym wiem, co czeka większość amatorów biegania naturalnego, którzy postanowią zostawić za sobą tradycyjne obuwie i poczuć wiatr w stopach. Z lektury innych „minimalistycznych poradników” pewnie już wiecie, że początki są bardzo ciężkie, a na pierwszych treningach łydki płoną niczym znicz olimpijski, ale to nie wszystkie tajemnice, jakie kryje za sobą początek przygody z huarache.

Boli, ale warto

Zacznę od najważniejszego – nie chciałbym, aby wypisane w tym tekście negatywne strony początków biegania w sandałach przesłoniły Wam najważniejsze, a mianowicie, że naprawdę warto spróbować swoich sił w tej materii! Gdy zaciśniemy zęby i przejdziemy przez kilkanaście pierwszych treningów w takim obuwiu, zauważymy, jak wiele pozytywnych skutków wynika z ich używania. Poprawi się nasza technika biegu, siła oraz wytrzymałość, a na ścieżkach biegowych będziemy wzbudzać większą sensację niż Natalia Siwiec na stadionach. By przejść tę drogę możliwie bezboleśnie, przedstawię Wam kilka porad, o których ja chciałbym wiedzieć, zanim sam zacząłem tę przygodę. A więc łapiemy głęboki oddech i odnajdujemy w sobie „Urodzonych biegaczy”…

  1. Poznajcie wszystkie ćwiczenia rozciągające i rozluźniające łydki.

Pisząc „wszystkie”, mam na myśli WSZYSTKIE, jakie tylko uda Wam się znaleźć w literaturze, internecie czy wśród znajomych. W zależności od waszego doświadczenia z bieganiem naturalnym i minimalistycznymi butami, łydki będą Was bolały bardziej lub mniej, ale niezależnie od bólu będą one znacznie mocniej eksploatowane niż w przypadku biegania „na piętę”. Skoro będą mocniej obciążone, to jest dużo większa szansa, że po treningu będą spięte i twarde jak bele drewna. W takim wypadku jedyne, co może im (i przy okazji Wam) przynieść ulgę to porządna sesja rozciągania. W Waszym arsenale powinny się znaleźć nie tylko ćwiczenia rozciągające mięśnie brzuchate łydki, ale także płaszczkowane i mięśnie piszczelowe. Najlepiej przyjąć prostą zasadę – przy rozciąganiu dużo więcej uwagi poświęcamy łydkom, a resztę partii traktujemy tak, jak do tej pory.

  1. Odpuśćcie trening w sandałach, gdy w planach macie wyjście na plażę lub basen

By nie spowodować u Was odruchów wymiotnych, nie będę publikował zdjęć swoich stóp po pierwszych treningach w sandałach. Nieprzyzwyczajone do roli „amortyzatora” podeszwy stopy za horror, który im fundujecie, odwdzięczą się pokaźną liczbą krwiaków, pęcherzy i stratą skóry. By sprawa stała się jasna jak kufel słabego piwa powiem, że po pierwszych treningach miałem przez kilka dni kłopoty, żeby normalnie stawiać stopy z powodu odcisków i krwiaków. Jeżeli nie chcecie prezentować takiego dramatu szerszej publiczności, upewnijcie się, że po pierwszych treningach w sandałach nie czeka Was wizyta w miejscowym Aquaparku.

  1. Poznajcie swoje sandały

Wbrew pozorom modele sandałów dostępnych na rynku różnią się między sobą wieloma detalami. Sprawą najważniejszą będzie dla Was sposób „sznurowania” – czy wykorzystamy do tego paski czy sznurki, zepniemy je klamerką czy zawiążemy itd. itp. Gdy już odbierzecie swoje pierwsze sandały zacznijcie od dokładnego rozpoznania sposobu ich zawiązywania, sprawdźcie, jak paski układają się na waszych stopach i jak ułożyć je odpowiednio, nauczcie się dobierać siłę napięcia. Dzięki temu unikniecie nie tylko obtarć spowodowanych przesuwającymi się paskami, ale także postojów w trakcie treningu. Poza tym sandały same w sobie są bardzo indywidualnie dostosowywanym obuwiem – sami musicie nauczyć się, jak najlepiej Wam je „sznurować”, nie ma jednej, uniwersalnej metody.

4. Przygotujcie się na blask reflektorów

Sandały nie są dobrym obuwiem dla biegaczy ceniących sobie spokój. Bieg w takim obuwiu zapewni Wam za każdym razem grono obserwatorów i komentatorów. Głośne uwagi zaczynają się na drwinach i niedowierzaniu, a kończą na podziwie i zazdrości – ciężko powiedzieć, na które natkniecie się częściej, ale warto wiedzieć o tym już na początku.

  1. Pomału, pomału

Tę radę pewnie już słyszeliście, ale wolę mieć pewność, że ją pamiętacie – nie liczcie na to, że niczym Indianie Christophera McDougalla wyruszycie w sandałach od razu na podbój ultramaratonów. Spotkałem się w książce Bieganie naturalne z zaleceniem, by przejście od biegania „na piętę” do „biegania naturalnego” odbywało się jak za pstryknięciem palcem – decydujemy się i nie ma już powrotu, ale nie jestem zwolennikiem takiego podejścia. Polecam na początek wplatać treningi w sandałach między biegi w tradycyjnym obuwiu. Mam kilka powodów, by proponować takie podejście, ale najważniejszym będzie to, że nie uwierzę, by ktoś, kto do tej pory biegał maratony, był w stanie powrócić do biegów 2-3 kilometrowych i powoli zdobywać doświadczenie w bieganiu naturalnym. To byłoby psychicznie nie do zniesienia. Ja tak nie mogłem.

  1. Wspomóżcie się obuwiem minimalistycznym

Wiem, że nie znajdzie się wielu takich, którzy będą w stanie kupić naraz dwie pary butów biegowych, bo takie rzeczy są najzwyczajniej w świecie drogie, ale w perspektywie 2-3 miesięcy zakup takich butów jest możliwy. Polecam do sandałów dokupić parę butów minimalistycznych, którymi uzupełnicie treningi w sandałach. Zapytacie: po co, skoro mają spełniać to samo zadanie? Otóż dlatego, że pełne obuwie mimo wszystko inaczej trzyma stopę i dzięki niemu liczba początkowych odcisków itp. będzie mniejsza, a to pozwoli Wam częściej pracować nad odpowiednią techniką. Jedynym warunkiem jest tu rzeczywisty minimalizm butów – nie 4-6 mm dropu, tylko zero i nie pianka amortyzacyjna, tylko kilka milimetrów gumy.

Na koniec powiem raz jeszcze – te wszystkie negatywne strony są niczym przy niesamowitym uczuciu wolności, gdy już będziemy spokojnie biegać w swoich quarache!
Zapraszam także do mojej recenzji polskich sandałów biegowych Monk Sandals:
https://wluznejformie.wordpress.com/recenzje/monk-sandals/

Advertisements

Monk Sandals – pierwsze polskie huarache

Urodzeni biegacze Christophera MacDougalla to kamień milowy dla biegania naturalnego. To opowieść, która z małych prywatnych firm, produkujących buty minimalistyczne dla zapaleńców, zrobiła poważnych graczy na rynku obuwia biegowego, a garstkę harpaganów wykreowała na herosów biegowego świata. Ja też uległem tej historii i po przeczytaniu książki zacząłem interesować się tematami biegania naturalnego, butów minimalistycznych i techniki biegu.

(uwaga na zdjęcia :D)

Po niedługim czasie kupiłem sobie pierwsze buty z minimalistycznej półki (Nike Free 3.0 – proszę hejterów o umiar), ale nadal czekałem na moment, gdy dane mi będzie pobiegać w prawdziwych huarache. Sandały zagranicznych marek były dla mnie za drogie (wybaczcie, ale do tej pory nie padł wystarczający argument za płaceniem kilkuset złotych za gumę i rzemyki), a z drugiej strony nie spodziewałem się, że szybko powstaną polskie odpowiedniki tego obuwia. Na całe szczęście myliłem się bardzo, a pierwsza inicjatywa tego typu jest obiektem dzisiejszej recenzji. Są to sandały biegowe Monk Sandals.

DSC_0038

Kto, co, jak?

O fakcie ich tworzenia dowiedziałem się całkowicie przypadkiem – przeglądając Facebooka mój wzrok utkwił na informacji ze znanego bloga Heavy Runs Light, która głosiła, że pierwsze polskie sandały biegowe już niedługo trafią do sprzedaży. W notce zawarta była nazwa, więc bez problemu trafiłem na stronę Monk Sandals i po niedługim czasie rzeczywiście można już było je zamawiać ze strony. Co ciekawe, ich produkcją zajmuje się jedna osoba, w dodatku mieszkaniec niedalekiej od Wrocławia Sobótki, więc czułem się nawet lepiej, bo kupowałem „u sąsiada”.

Pierwsze wrażenie

Monk Sandals przyjechały do mnie kilka dni później. Zapakowane w zgrabną siateczkę robiły niepozorne wrażenie – ostatecznie to rzeczywiście kawałek gumy i paski.

Założenie ich na stopę nie sprawia większych trudności, gdyby jednak były z tym problemy, to na stronie Monk Sandals znajdziemy odpowiednie instrukcje 😉 Po założeniu miałem wrażenie, że podeszwa sandała jest za długa. Wystawała wyraźnie przed palce, jak i za piętą. Pomyślałem oczywiście o wycięciu „zbędnego materiału”, ale – na szczęście – opamiętałem się. Z czasem bowiem okazało się, że pracująca stopa wykorzystuje znacznie więcej podeszwy, niż mi się wydawało.

Po wyregulowaniu długości pasków sandały dobrze trzymają stopę i pozostaje jedynie przyzwyczaić się do obecności paska między paluchem i resztą palców. Latem zdarza mi się chodzić w japonkach na plaży, więc do pewnego stopnia byłem na to przygotowany, ale chodzenie i bieganie z takim paskiem, to jednak dwie różne sprawy. Miłym zaskoczeniem był fakt, że paski nie obcierają stóp (od razu zakładałem je i biegałem przy bosych stopach, nie mam tych zabawnych palczastych skarpet).

DSC_0040

Najpierw pochodzimy, potem pobiegamy

Zanim wyszedłem na trening, postanowiłem trochę pochodzić w Monk Sandals po domu. Nie da się ukryć – w tych sandałach nie ma amortyzacji i nawet podczas spaceru poczujemy to natychmiast. Moja waga waha się od 81 do 83 kilogramów, więc daleko mi do małego Indianina z południowoamerykańskiej wioski. Przy okazji jednak możemy rozkoszować się faktem doskonałego wietrzenia stopy.

Zebranie się do biegu wymaga jednak od biegacza sił, których dotychczas nie musiał mobilizować przed wyjściem na trening – trzeba przygotować się na ściąganie wzroku każdego przechodnia i wzbudzanie w obserwatorach mieszanki śmiechu, litości, choć czasami i podziwu. Z niewyjaśnionych przyczyn nie stanowiło to dla mnie najmniejszego problemu i z wypchniętą klatą ruszyłem przed siebie w sandałach. Im bardziej jesteś pewny siebie, biegnąć w sandałach, tym mniej śmiechu wzbudzisz 😉

Boli czy nie boli?

Klasyczna odpowiedź – to zależy. Jeżeli wcześniej biegaliście na śródstopie (niezależnie od rodzaju obuwia), będzie wam znacznie łatwiej biec techniką, którą wymusi ubranie sandałów. Jeżeli biegaliście na śródstopie, korzystając dodatkowo z obuwia minimalistycznego – najprawdopodobniej nie będziecie tak bardzo odczuwać bólu łydek. Z drugiej strony są jednak biegacze lądujący na pięcie i w tym przypadku nie ma sensu się oszukiwać – pierwsze treningi to będzie horror, szczególnie, gdy poniesie was ambicja zrobienia w huarache kilku kilometrów.

Niezależnie od wcześniejszego zaawansowania w technice biegu, wszystkich czeka ból podeszwy stóp. Nasze naturalne „poduszki” nie są bowiem przyzwyczajone do amortyzowania ciężaru naszego ciała, bo przez całe życie zapewniały nam to klasyczne podeszwy. U mnie objawiało się to siniakami, małymi krwiakami i ogólnie pojętym bólem podeszwy stóp, który na szczęście z czasem przechodzi. Pocieszający niech będzie fakt, że – wbrew wszelkim pozorom – podczas biegu kamienie nie wlatują nam między stopę a gumę sandała.

Po biegu poczujemy także mięśnie łydek, z których istnienia nie zdawaliśmy sobie sprawy. To tylko pokazuje, jak wiele z nich zastępują systemy amortyzacyjne tradycyjnych butów biegowych.

DSC_0039

Minimalizm dla każdego

Wbrew obiegowej opinii, śmiem twierdzić, że takie sandały mogą być doskonałym obuwiem do treningów uzupełniających dla każdego biegacza (niezależnie od doświadczenia, masy ciała i innych czynników). Jeżeli z głową podejdziemy do pierwszych treningów w Monk Sandals i będziemy bardzo małymi krokami dodawać kolejne kilometry – możemy być pewni, że poprawi się nasza technika biegu, a po założeniu amortyzowanych butów będziemy w stanie pędzić jeszcze szybciej dzięki sile zdobytej podczas biegu w sandałach. W moim przypadku poprawa wyników w biegu na śródstopie była bardzo wyraźna, gdy wracałem do klasycznych butów.

Nie wiem, czy przekonałem was do Monk Sandals, ale ja zamierzam korzystać z nich jak najczęściej, bo uczucie wiatru w stopach podczas biegu jest uzależniające!