Recenzje

Brooks Cascadia 9 – recenzja

DSC_1033

Dziesiątki dobrych opinii i recenzji, niemniej zadowolonych biegaczy i nakręconych w górach kilometrów – tak w paru słowach można opisać klimat panujący wokół linii Cascadia Brooksa. Podobno były wersje lepsze i gorsze, podobno siódemki były genialne, choć dla producenta i tak każda kolejna będzie najlepsza. Ja tymczasem, z przynajmniej kilku powodów, nie miałem chęci by pogłoski te weryfikować – po pierwsze, to nie mój „typ” buta, po drugie, mam złe wspomnienia po PureGritach, a po trzecie, mimo przeceny nie były przesadnie tanie. Mimo tego, zdecydowałem się je kupić i nie żałuję…

Wykładam kasę na stół!

Nie będę ukrywał, że jednym z powodów kupna Cascadii była desperacja spowodowana nadchodzącymi startami. Po Zamieci rozleciały mi się Nike Wildhorse 2 i pozostałem bezbronny wobec dwóch zbliżających się biegów ultra. Z kolei niewypał z PureGritami sprawił, że obawiałem się zamawiania butów przez internet (a kusiły inov-8!), tak więc trafiłem do sklepu RunnersClub we Wrocławiu by trochę pomierzyć. Na całe szczęście Cascadia 9 była w tym czasie w promocji, bo na półkach szykowano miejsce pod premierę „dyszek”, a jeszcze większym szczęściem okazał się fakt, że buty po przymiarce leżały jak szyte na miarę.

DSC_1031

Wciąż jestem zwolennikiem „bucików”, a nie butów i Cascadia znacznie odbiega od niemal minimalistycznych modeli górskich, w których czuję się najlepiej (Salomon Sense, Merrell Trailglove czy trochę większe Wildhorse), ale pierwsze wrażenie było naprawdę świetne. Trochę jak na koturnie z uniesioną piętą, ale pod starty ultra przyda się trochę więcej amortyzacji – tak przynajmniej to sobie tłumaczyłem.

DSC_1032

Przebieg

Podobno trzeba dwukrotnie obiec Ziemię po równiku i zajechać buty do skarpet, żeby napisać rzetelną recenzję, ja jednak pozwolę sobie odejść od tej zasady. W Cascadiach przebiegłem dwa zimowe, górskie biegi ultra (75 i 52 km), trzy wybiegania w terenie w okolicach 40 km i kilka krótszych treningów. Wydaje mi się, że po takim doświadczeniu mogę się śmiało wypowiadać na ich temat, mimo że mam je od około dwóch miesięcy.

DSC_1029

Żeby nie przedłużać…

Przejdę od razu do sedna. Buty, mimo zapewnionych im do tej pory wrażeń, wyglądają jak nowe. Dobrze pamiętam, jak prezentowały się Najki i Salomony po takim przebiegu i różnicę na korzyść Brooksa widać gołym okiem. Najważniejsza jest przy tym bardzo niewielka ścieralność podeszwy – rzadko mam problemy z pękającą cholewką, za to zjechany bieżnik to u mnie nagminny problem. W Cascadiach wydaje się, że pociągnie on znacznie dłużej, co rodzi uśmiech pod mą brodą.

Na wysokości całej cholewki także nie widać przetarć bądź pęknięć, choć przebieg kilku fragmentów materiału może wskazywać, gdzie w przyszłości mogą się one pojawić. Wzmocniony czubek buta nie powoduje obtarć i doskonale temperuje moc „low kicków” na kamieniach i gałęziach. Przewiewna cholewka sprawi oczywiście, że but dość szybko przemoknie na śniegu, trochę lepiej zachowuje się jednak w warunkach deszczowych, gdzie zagraża mu dopiero poważniejsza kałuża. Nie schnie zbyt szybko, więc w przypadku przemoczenia liczcie na swoje skarpety.

DSC_1030

Solidny bucior do zadań specjalnych

Cascadia doskonale spisywała się podczas wielogodzinnych biegów w zaśnieżonych górach (kto biegł w Ultramaratonie Hrabstwa Kłodzkiego czy Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim, ten wie, o czym mówię). Buty są miękkie, całkowicie „wygłuszają” kamienie i gałęzie, które dawałyby się we znaki w „mniejszych” modelach. Pewnie trzymają się na śniegu i błocie, choć wszyscy wiemy, że na każdego kozaka znajdzie się takie błoto czy lód, że najlepsze vibramy świata padają na kolana. Buty nie utrzymają nas na nogach, jeżeli nie dorzucimy do nich rozsądku i techniki.

W tym przypadku dobra ocena na powierzchniach suchych to oczywistość – mimo masywności można w nich spokojnie zreazliować szybsze odcinki. Co ciekawe, wielką wygodę czuć także na odcinkach asfaltowych, których nie brakowało na pierwszej ze wspomnianych imprez. Równo rozłożony bieżnik sprawia, że wypustki nie wbijają nam się w stopy na twardych nawierzchniach, a amortyzacja dopiero tam pokazuje na co ją stać.

DSC_1034

Garść zarzutów

Pora na odrobinę rzeczywistości w tej bajce. Po pierwsze, nie do końca rozumiem konstrukcję pivotów. Po części treningów w Cascadiach czułem ból w okolicach łuku poprzecznego stopy – właśnie tam przebiega jeden z pivotów – który wcześniej się nie pojawiał. Jeżeli miałbym wybrać jeden element, którego stanowczo pozbyłbym się z tych butów, to byłyby to właśnie te wstawki. Po drugie, obszycie języka może powodować obtarcia. Sam musiałem nauczyć się, jak go układać by nie było problemów. Nie jest to wielka filozofia, lecz warto pogrozić palcem. Mój zmysł pisarski podpowiada mi, że w tym miejscu powinno pojawić się: „po trzecie…”, ale nic nie przychodzi mi do głowy.

DSC_1028

Podsumowanie

Brooks Cascadia 9 to but zaskakujący. Jest niemal dokładnym przeciwieństwem modeli, w których biegałem do tej pory, a mimo to udało mu się zdobyć moje uznanie (ale zaszczyt panie Soczomski…). Mam nieodparte wrażenie, że biegacze, którzy do tej pory biegali właśnie w butach, a nie w „bucikach” (mam tu na myśli np. Speedcrossy, Xodusy czy inne Trabuco), będą w siódmym niebie, gdy przesiądą się na Cascadie. Ja pozostanę zwolennikiem mniej lub bardziej restrykcyjnego minimalizmu, ale bogatszym o naukę, że czasami warto sięgnąć po coś z innej półki.

PS Brooksie, może obniżysz drop do 0-4 mm, wyrzucisz pivoty i zmniejszysz amortyzację w 11 wersji Cascadii? 😀

Brooks Pure Grit – recenzja

DSC_0458

Kolejna recenzja w moim Antykwariacie może niejednego zdziwić. O ile trailowy Minimus NB ma kilka wad, które wyszły na jaw po kilku treningach, to buty, które opiszę poniżej momentami tak mnie irytowały, że miałem ochotę wyrzucić je do śmietnika. A mowa o… Brooks Pure Grit. A konkretnie o pierwszej odsłonie tego modelu.

Zaczynając od podstaw, seria Pure Grit ma zapewnić nam dwa doznania: wolność (rozumianą jako brak technologicznego wsparcia) oraz czucie (odpowiadające możliwie niewielkiej amortyzacji). Jeżeli odwołać się wyłącznie do tych założeń, to pierwsze zgadza się z rzeczywistością, drugie zależy od naszych wcześniejszych doświadczeń. Domyślam się, że na tle reszty modeli Brooksa amortyzacja w Pure Grit może być niewielka, ale w porównaniu do butów, w których zdarza mi się biegać, jest jej dość sporo.

To jednak całkowicie mi odpowiada, bo kupując Grity nie szukałem kolejnych cichobiegów. Chciałem trafić model pośredni, pomiędzy klasycznymi, mocno amortyzowanymi trailówkami, a minimalizmem Trail Glove’ów. Szukałem czegoś, co sprawdzi się na maratonach i dystansach ultra. Mówiąc szczerze, szukałem zamiennika dla Nike Wildhorse, które – choć świetne – dość szybko się zużywały.

DSC_0461

Trochę o zaletach, ale tylko trochę…

Wbrew posępnemu wstępowi, Pure Grit nie zraziły mnie do siebie od samego początku. Jak wspomniałem, poziom amortyzacji odpowiadał mi w pełni – buty są trochę bardziej miękkie niż Nike Wildhorse, ale nie odbija się to negatywnie na biegach w wysokim tempie. Podeszwa zapewnia także doskonałą ochronę przed ostrymi kamieniami i innymi niespodziankami.

Nie zdarzyło mi się, żeby choć raz mnie obtarły, a wszystkie swoje modele testuję także bez skarpet. Co więcej, po kilkunastu treningach Pure Grit nawet nie śmierdziały. Po prostu bajka!

Przechodzimy do wad

Skoro wszystko wygląda świetnie, co mogło pójść nie tak? Pure Grit to klasyczne kapciuchy, są naprawdę szerokie i przez to bardzo wygodne. Do tej pory wydawało mi się, że mam szeroką stopę, ale w Brooksach po prostu pływałem.

DSC_0459

Zadowolony z komfortu ruszyłem w nich na pierwsze treningi. Lekkie ścieżki, trochę pomniejszych kamieni, wysokie i niskie tempa. Wydawało mi się, że wszystko jest świetnie, póki nie przyszedł deszcz…

Jestem pełen wyrozumiałości, ale te buty w kontakcie z mokrymi kamieniami czy deskami na drewnianych mostach zachowują się jak łyżwy na lodzie. To nie jest po prostu lekki ślizg, to jest lot na złamanie karku, póki nie uda nam się cudem zatrzymać. Zdziwiło mnie to tym mocniej, że podeszwa Gritów i jej bardzo wyraźny bieżnik wskazywałyby na to, że nadają się one przede wszystkim na miękkie, błotniste podłoża, które… powstają w wyniku opadów. Na oko stawiałbym je w okolicach Speedcrossów, które – z tego co słyszałem – zachowują się na deszczu znacznie lepiej. Grity nie sprawdziły się jednak w tej konkurencji.

I jeszcze więcej wad…

To jednak wciąż byłoby za mało bym chciał wyrzucić buty na śmietnik. Każdy but ma jakąś wadę, w przypadku Brooks Pure Grit to kiepska przyczepność na mokrych podłożach. I co z tego? Będę w nich biegał, gdy będzie sucho!

DSC_0460

W końcu nadarzyła się okazja by polatać w Pure Gritach w znacznie bardziej wymagającym terenie. Było sucho, więc nie obawiałem się o przyczepność, a przede mną roztaczały się – znane wszystkim Dolnoślązakom – kamieniste ścieżki Ślęży. Może to nie Tatry, ale część ścieżek z technicznego punktu widzenia potrafi dać w kość i tam właśnie zamierzałem się przekonać, na co stać Brooksy. Dodam, że miały spore pole do popisu, bo kilka dni wcześniej te same ścieżki pokonywałem w Salomonach S-Lab Sense, w których biegało się bajecznie. Jak wypadły na tle takiej konkurencji?

Dramatycznie. Już na podbiegach czułem, że kapciowatość Gritów będzie wadą, gdy profil trasy się odwróci i przyjdzie mi zbiegać między kamieniami, ale rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza. Dla pewności na szczycie związałem buty najmocniej jak mogłem i ruszyłem na luźnej łydzie. Wtedy się zaczęło… But do tego stopnia nie trzymał się stopy, że pierwszy raz bałem się mocno zbiegać i momentami moje tempo było niewiele wyższe niż na podbiegu. But tańczył na stopie, a ja tańczyłem, próbując zachować równowagę i się nie zabić. 5 km takiej walki o życie z pewnością przysporzyło mi kilka siwych włosów i zmarszczek. Pisałem niedawno o tym, że Minimusy NB kiepsko trzymają stopę, ale w zestawieniu z Brooksami są wręcz obcisłe.

Wylądują w śmietniku?

Pewnie nie, bo szkoda wydanych pieniędzy, ale buty trailowe, które nie radzą sobie na mokrych powierzchniach i technicznych zbiegach będą mi pewnie służyły… do biegania w parku pod domem. A w związku z nadchodzącą zimą, nawet tam mogą nie dać rady. Trochę słabo jak na model niemal tak legendarny jak Minimus. Wiem jednak, że jest wielu biegaczy, którym Grity siedzą idealnie i w związku z tym mogę napisać tylko jedno: szkoda, ale to po prostu nie jest but dla mnie.

Czy sprawdzi się w waszym przypadku? W decyzji pomóc może to zestawienie:

Plusy:

  • amortyzacja,
  • ochrona przed ostrymi kamieniami, korzeniami itp.,
  • komfort w nieurozmaiconym terenie,
  • wytrzymałość (nie uwzględniłem tego w tekście, ale buty po wielu treningach wyglądają na niedawno ściągnięte z półki sklepowej),
  • nie obcierają,
  • nie śmierdzą nawet po kilkunastu treningach,
  • solidny czub, chroniący przed niespodziewanymi ciosami karate na skałach,
  • cena.

Minusy:

  • dramatycznie niska przyczepność na mokrych powierzchniach,
  • kiepski system sznurowania, który nie pozwala mocno zacisnąć buta na stopie + nierozumiała gumka na wysokości śródstopia,
  • stanowczo za luźne na technicznych trasach
  • wygląd.

Jak widzicie, minusów jest znacznie mniej, ale ich waga – przynajmniej w moim odczuciu – znacznie przewyższa pozytywne cechy Pure Gritów.

 

Pamiętajcie, że recenzje w antykwariacie mają nieco luźniejszy charakter. Jeżeli macie jakieś pytania, walcie w komentarzach lub na facebook.com/wluznejformie.

New Balance MT10 Minimus – recenzja

DSC_0332

W przypadku Merrelli Trail Glove mierzyłem się z dobrymi recenzjami i rozbudzonymi oczekiwaniami, tym razem przyszło mi zmierzyć się z… legendą. Myślę, że to słowo doskonale opisuje owiane mityczną sławą Minimusy New Balance. Szczególnym autorytetem cieszą się oczywiście trailowe wersje tej rodziny, którym w promocji pomógł Tony Krupicka. W moje ręce (i na moje stopy) trafił klasyczny MT10, więc podzielę się swoimi uwagami na ich temat.

Nie obędzie się bez porównań. MT10 można śmiało postawić na tej samej półce, na której znajdziemy wspomniane Trail Glove, a w moim przypadku zakup NB wiązał się głównie z faktem, że Merrelle zaczynały umierać. Chcąc lub nie, od samego początku zestawiałem oba buty i nie ucieknę od tego podczas tej recenzji.

DSC_0331

Więcej pianki

Chciałoby się napisać, że Minimus wyznaczył standardy dla reszty modeli „do biegania naturalnego”, ale ortodoksi bez problemu znajdą przynajmniej jeden powód, by uważać inaczej. Mam na myśli spadek między piętą, a śródstopiem, który w tym modelu wynosi 4 mm. Rzecz dla mnie zupełnie niewyczuwalna, ale niejeden „zwolennik minimalizmu” prędzej porzuci weganizm niż nazwie te buty minimalistycznymi. Dziwi mnie jedynie motywacja twórców, którzy zakładają, że większa ilość pianki pod piętą ma nam ulżyć podczas długich i wymagających biegów w terenie. Byłem przekonany, że w takich butach człapie się na śródstopie i pod piętą równie dobrze mogłaby być dziura albo kawałek tektury, ale co ja tam wiem… W każdym razie, jak wspomniałem, nie sposób wyczuć 4 milimetrowej różnicy w dropie.

DSC_0325

Vibram vibramowi nierówny

Okazało się jednak, że sporą różnicę czuć w przypadku podeszwy. Choć wykonano ją z tego samego materiału, który spotkamy w Merrellach, to nie znajdziemy tu dziwnych (czyt. niepotrzebnych) ząbków bieżnika. Dostajemy za to dość płaską strukturę, która na pierwszy rzut oka w ogóle nie przypomina tej, jaką kojarzymy z butami trailowymi. Wbrew pozorom jest to zaleta MT10. Dlaczego? Na mokrych kamieniach i w solidnym błocie nie pomogą nam nawet najwymyślniejsze kompozycje bieżnika, a w normalnych warunkach niewielki bieżnik ma jedną, ale za to wielką zaletę – wytrzymałość. Ząbki bieżnika nie ścierają się, bo po prostu ich nie ma.

Może uznacie, że ta zaleta jest dość kontrowersyjna, ale pamiętajcie, że w butach tego typu nie polecicie szaleńczym tempem po ostrych kamieniach. W trudnych warunkach raczej będziecie szukali bezpiecznej przestrzeni by postawić każdy kolejny krok i wówczas wszelkie zalety dużych ząbków podeszwy idą w niepamięć, a brak bieżnika w ogóle nie razi.

DSC_0326

Kapciowatość”

Uwielbiam ten termin, bo doskonale oddaje komfort noszenia określonych modeli butów. Jest tak także w przypadku Minimusów. But opina naszą stopę na wysokości pięty, daje się dość dobrze wyregulować na śródstopiu i jest niesamowicie szeroki w okolicach palców. Po założeniu MT10 na stopy, czujemy się jak w domu. Nie byłbym jednak sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepił. „Kapciowatość” nie zawsze jest zaletą, co wychodzi dość szybko w przypadku butów trailowych. Jeżeli kupujecie MT10, żeby pobiegać sobie w parku lub przydomowym lesie, możecie śmiało pominąć ten wątek. Jeżeli szukacie buta bardziej uniwersalnego, czytajcie dalej.

DSC_0329

Minimusy dostały kilka szans na wykazanie się w trudnych warunkach i za każdym razem byłem niezadowolony. Gdy lekkie ścieżki zamieniają się w kamienie, ostre zbiegi i techniczne szaleństwa, ostatnie czego szukamy to kapciowaty but, w którym stopa będzie nam się przesuwać w trakcie biegu. Tak niestety jest w przypadku MT10. Jak pisałem, but daje się dość dobrze wyregulować na wysokości śródstopia, ale osiągnięcie wysokiego stopnia trzymania stopy odbije się diametralnie na komforcie biegu. Mocniejsze sznurowanie, mówiąc w skrócie, sprawia, że sznurówki zaciskają się na grzbiecie stopy, co po chwili powoduje ból, który nie minie, póki nie poluzujemy sznurowania.

System sznurowania sam w sobie jest zastanawiający. Jestem wielkim wrogiem tak gęstego utykania dziurek do sznurowadeł, ponieważ po mocniejszym zaciśnięciu sznurówek stopa nie może wygodnie pracować w bucie. W tym przypadku, moim zdaniem, mniej znaczy lepiej, a nie jest to jedyny model NB, w którym zauważam tę wadę.

DSC_0324

Wygląd i inne ciekawostki?

Postanowiłem pominąć kwestie „dizajnu” w tej recenzji. Lubię dyskutować o gustach, ale w tym przypadku chciałem skupić się na głównych cechach, które wpłynęły na moją ocenę Minimusów NB.

Jak w takim razie oceniam ten model? To świetna opcja dla każdego, kto szuka minimalistycznej treningówki na codzienne biegi. MT10 doskonale sprawdzą się na lekkich szlakach górskich, leśnych i prakowych ścieżkach, a także na asfalcie. Opisywana kapciowatość jest wielką zaletą przy dłuższych, spokojnych biegach. Sprawa zmienia się, gdy przyjdzie nam wykonać mocniejszy trening. Wtedy sięgnąłbym po buta, który zapewnia znacznie mocniejsze trzymanie stopy bez poczucia dyskomfortu. To samo tyczy się zawodów. O ile nie miałem żadnych obaw, by pobiec mocny górski bieg w Trail Glovach i sprawdziły się one świetne, o tyle w Minimusach jeszcze nie zdobyłem się na taką odwagę.

Treningi – oczywiście!

Mocniejsze biegi – niekoniecznie.

 

PS To oczywiście jedynie kilka uwag na temat MT10. Jeżeli chcecie wiedzieć coś więcej, piszcie śmiało w komentarzach i na facebook.com/wluznejformie 🙂

DSC_0333

Torba Thule Chasm – recenzja

thulechasm_duffel_27l_alt2_sized_450x300

Biegacz potrzebuje przede wszystkim butów. Przyda się także para porządnych spodenek i koszulka oraz parę innych gadżetów, które uprzyjemnią nam codzienne treningi. Są jednak także takie produkty, które nie od razu przyjdą nam na myśl, gdy podejmiemy się takiego wyliczania. Jednym z nich jest… torba sportowa. Produkt, który może stanowczo ułatwić nam życie podczas wyjazdu na zawody czy wyjścia na siłownie. Z pewnością przyda się każdemu, kto częściej wyjeżdża z domu w celu aktywnego spędzenia czasu. Przez ostatnie pół roku podczas takich wyjazdów towarzyszyła mi torba Thule Chasm i chciałbym Wam coś więcej o niej powiedzieć.

Jakie Thule, co za Thule?

Zacznijmy od samej marki. Nazwa może Wam niewiele powiedzieć, ale z pewnością logotyp szwedzkiej firmy spotykacie codziennie na ulicach. Do tej pory Thule zajmowało się przede wszystkim produkcją sprzętu samochodowego – wszelkiej maści uchwytów, bagażników i tym podobnych rzeczy. Mają też spore doświadczenie w produkcji podobnych gadżetów dla rowerzystów. Tymczasem postanowili rozpocząć ekspansję na rynek sportowy i w tym przypadku także zajęli się tym, co wychodzi im najlepiej, czyli sprzętem do przenoszenia sprzętu, a mówiąc sensowniej – torbami. Cieszy mnie to, bo ostatnio coraz częściej widzimy firmy, które znienacka rzucają się na produkcje obuwia sportowego, choć nigdy z tą działką nie były kojarzone. Thule wkracza na nowy grunt, ale ze sprawdzonymi metodami.

thulechasm_duffel_70l_alt5_sized_450x300

Thule Chasm

To ogólna nazwa modelu, który występuje w pięciu różnych gabarytach i tyluż kolorach. W zależności od naszych potrzeb możemy zaopatrzeć się w 27 lub aż 130 litrową torbę, w którą najprawdopodobniej zmieścimy nie tylko swój sprzęt na zawody, ale i kilku zawodników. Pośrednie modele mają kolejno 40, 70 i 90 litrów pojemności. Wszystkie mają jedną główną komorę i zewnętrzną kieszeń. Ponadto, dzięki specjalnym uchwytom, torbę w chwilę możemy zmienić w swoisty plecak.

Zdecydowałem się na rozmiar Medium, który ma 70 litrów, a torba dotarła do mnie w żółtym kolorze.

thulechasm_duffel_130l_alt4_sized_450x300 (1)

Wygląd

Gdy otwierając pudełko zobaczyłem, że ze środka zerka na mnie coś zółtego, nie byłem zachwycony. Pomijając kanarkowo-odblaskowo-błyskawicową wersje tego koloru nie przepadam za nim specjalnie. Na szczęście szybko okazało się, że torba w pełnej krasie wygląda znacznie lepiej niż mogłem się tego spodziewać. Powiem więcej, wygląda świetnie! Dizajn (jak ja nie lubię tego słowa…) torby jest bardzo nowoczeny, minimalistyczny i, pomijając nieduży logotyp marki, zamyka się w dwóch kolorach. Tak wyglądająca torba zrobi dobre wrażenie nawet przy garniturze, ponieważ materiały z których została wykonana sprawiają wrażenie świetnych jakościowo i rzeczywiście takie są (torba przeżyła podróże samolotem, a wszyscy wiemy, jak obsługa lotniska traktuje rzeczy pasażerów). Doskonale sprawdzała się także w zestawieniu ze sportowymi ciuchami. Jednym słowem – same plusy.

Pojemność, kieszenie i wygoda pakowania

Choć wybrana przeze mnie pojemność to dopiero połowa stawki, którą proponuje nam producent, to torba zaskakuje swoją pojemnością. Zapewne jest tak dlatego, że producent zrezygnował z montowania we wnętrzu dodatkowej liczby komór i w efecie otrzymujemy jedną, obejmująca całą torbę. Nie miałem najmniejszego problemu, żeby spakować do niej ubrania i sprzęt sportowy na dziesięciodniowy i tygodniowy wyjazd. Wśród sprzętów, które wylądowały w środku była m.in. rolka do masażu Blackroll, dwie paru butów, sporo ciuchów, plecak biegowy i wszystko to, co potrzebne nam na co dzień. Do tego kilka książek i inne graty – mówiąc najkrócej, nie sposób wypchać tę torbę do granic możliwości. W ogóle nie ograniczałem się z zabieranym na wyjazdy bagażem i mieściłem się idealnie. Torba sprawdzała się także podczas wypadów na siłownię, gdy lądowało w niej znacznie mniej rzeczy. Mimo tego, że dostajemy wyłącznie jedną komorę, to sprzęt nie lata nam po niej i wszystko leży bezpiecznie na swoim miejscu.

thulechasm_duffel_90l_alt1_sized_450x300

All in all…

Niedługa recenzja, bo ciężko mi znaleźć cokolwiek na niekorzyść tej torby. Zarówno walory użytkowe, jak i jej wygląd, świadczą o niej jak najlepiej i aż głupio byłoby mi jej nie polecić. Jeżeli macie w planach dłuższe wyjazdy sportowe czy zwykłe wczasy lub na co dzień potrzebujecie dobrej sportowej torby, Thule Chasm będzie świetnym wyborem. Wybierzcie rozmiar i kolor, a potem pozostaje już tylko śmigać!

Dodatkowe informacje znajdziecie na stronie producenta:
http://www.thule.com/pl-pl/pl/campaigns/thule-chasm

Kije Fizan Compact

Fizan_Compact_walking_poles.jpg

Z używaniem kijów podczas długich biegów zetknąłem się po raz pierwszy podczas górskiego debiutu na Perun SkyMarathonie w Czechach. Na początku zdziwiła mnie skala popularności tego sprzętu wśród Czechów – powiedzieć, że miał je niemal każdy nie byłoby przesadą. Sam jednak trzymałem się od kijów z dala do czasu nieudanego startu w Sudeckiej Setce. Wówczas zdałem sobie sprawę, że kije mogły w trakcie biegu odrobinę odciążyć moje nogi i dzięki ich pomocy może ukończyłbym ten bieg? Takie gdybanie nie ma oczywiście wiele sensu, ale wówczas uznałem, że dam kijom szansę i przynajmniej na treningach sprawdzę, jak się z nimi biega.

Wybór kijów

Nie będę ukrywał, że główną cechą, na którą zwracałem uwagę była cena. Nie byłem pewny, czy kije w ogóle będą dla mnie wygodne i przydatne, wiedziałem też, że na dystansach maratońskich spokojnie poradzę sobie bez nich. Poszperałem trochę w internecie, popytałem znajomych i nieznajomych i ostatecznie najwięcej pozytywnych opinii w zestawieniu jakość/cena zebrały kije Fizan Compact. Nie zastanawiając się długo zamówiłem je z ulubionego portalu aukcyjnego wszystkich Polaków.

img_2659abc

Fizan Compact

O specyfikacji kijów nie będę się rozpisywał, bo wszelkie detale znajdziecie na stronach sklepów je sprzedających (np. http://orlabaszta.pl/kije-turystyczne/165-kije-trekkingowe-fizan-compact.html) lub w innych recenzjach (np. http://orlabaszta.pl/blog/kije-trekkingowe-fizan-compact-recenzja/).

Pierwszy trening…

Byłoby oczywiście zbyt pięknie, gdybym mógł od razu wybrać się w góry, by przetestować te kijki. Na początek musiał mi starczyć Wrocław, gdzie postanowiłem sprawdzić, czy wygodnie będzie się biegało z kijami trzymanymi w ręce. Po złożeniu każdy z nich ma 52 cm długości, więc nie bałem się o to, że będą mi przeszkadzać, chciałem raczej sprawdzić czy po kilkunastu kilometrach nie będę miał ich dość.

Sprawa okazała się prosta, bo już po 5 minutach w ogóle zapomniałem, że mam kije w ręce. Przez cały trening trzymałem je w lewej ręce i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, by w czymkolwiek mi przeszkadzały. Być może jestem już odrobinę przyzwyczajony do biegania z gadżetami w ręce, bo część zawodów przebiegłem z kamerą, ale to nie zmienia faktu, że bieg z kijami jest bezproblemowy. Kłopot pojawia się jednak, gdy po takiej zabawie postanowimy kije rozłożyć – rozkręcenie, a tym bardziej skręcenie ich spoconymi dłońmi urasta do rangi wyzwania i musiałem sobie pomagać koszulką, żeby wszystko skręcić odpowiednio mocno. Domyślam się, że w rękawiczkach odbyłoby się to bez problemu, ale biegacze stroniący od rękawiczek będą się z tym męczyć (jedyną opcją ratunkową jest chyba zabieranie dwóch małych lub jednej większej szmatki, które pomogą nam w przedsięwzięciu). W obliczu tych kłopotów postawiłem, że drugi trening pobiegnę z rozłożonymi kijkami i sprawdzę, czy 125 cm długości nadal nie będzie mi przeszkadzało…

Na całej długości

I – do czasu – nie przeszkadzało. Trochę dłużej trwało, zanim tym razem zapomniałem o tym, że mam przy sobie kije, ale ostatecznie przestałem na nie zwracać uwagę podczas treningu. Sprawa zmieniła się dopiero, gdy przyspieszyłem – za mocnym i szybkim ruchem nóg automatycznie idą ręce i zaczynają się szalone wymachy kijami. Wyjścia są dwa: albo staramy się opanować ręce, a tym samym skazujemy się na bieg z nieco niższą prędkością albo kije składamy, by nie zabić siebie lub osób postronnych. Wybór odpowiedniej opcji będzie zależał od danego biegu. Jeżeli będzie to ultramaraton, to tak czy owak nie będziemy pędzić z zawrotną prędkością i kije mogą być śmiało rozłożone. Jeżeli czeka nas bieg na krótszym dystansie to warto się zastanowić czy kije w ogóle będą nam potrzebne?

i-fizan-compact-rozmiar-58cm-132cm

Dzień (i noc) próby – Bieg K-B-L

Po tej niedługiej przygodzie z kijami przyszła pora na prawdziwy test. Podczas 110 kilometrów biegu K-B-L na wierzch miały wyjść wszystkie pozytywne i negatywne strony kijów w ogóle, a Fizan Compact w szczególności. Żeby jednak nie rozwodzić się nad samym biegiem, przejdę od razu do konkretów:

Plusy:

    • Dobrze skręcone kije nie zsuwają nam się. Podczas całego biegu nie musiałem poprawiać długości kijów, bo zaciski są na tyle mocne, że nawet intensywne użytkowanie nie robi na nich większego wrażenia.
    • Kije są naprawdę lekkie. Skoro przez kilkanaście godzin biegu nie zwracałem uwagi na ich wagę, to może świadczyć tylko o jednym – Fizan Compact są lekkie i bieg z nimi nie zmęczy nas bardziej niż bieg z pustymi rękami.
    • Choć nie wynika to z szczególnych właściwości tego akurat kompletu, to samo posiadanie kijów na tak długim biegu uznaję za plus 😉
    • Paski dobrze trzymają ręce. Momentami przydałyby się rękawiczki, ale w ogólnym rozrachunku paski wydają mi się wygodniejsze, ponieważ szybciej ściąga się je z rąk, przez co bieg nabiera większej dynamiki.

Minusy:

    • Piankowy uchwyt. Generalnie nie jest zły, ale po kilku godzinach trzymanie go nie należy do przyjemności. Domyślam się, że z plastikowym byłoby jeszcze gorzej, ale korek daje zapewne odrobinę lepsze odczucia. Na kolejny długi bieg spróbuję skorzystać z włąsnych rękawiczek.
    • Nie sposób wyregulować kijów spoconymi rękami. Już o tym wspominałem, ale wydaje się to warte wspomnienia w kontekście długich biegów. W moim przypadku skończyło się na biegu z kijami ustawionymi cały czas na jednej długości. Nie przeszkadzało mi to, ale to jednak minus.
    • Grafika na kiju szybko się ściera. Nie przywiązuję do tego zbytniej wagi, ale niektórym pewnie będzie zależało na wyglądzie sprzętu 😉

Podsumowując, bardzo dobrze oceniam kije Fizan Compact. Nie da się ukryć, że mają swoje wady, ale ich jakość w stosunku do ceny jest naprawdę zadowalająca. Domyślam się, że będą mi służyły na wielu biegach ultra w przyszłości, choć pewnie nie będę z nich zbyt często korzystał na dystansach maratońskich czy krótszych. Jeżeli chcecie sprawdzić, czy bieganie z kijami sprawdzi się w waszym przypadku, możecie śmiało kupić ten zestaw. W moim przypadku Fizan Compact sprawdziły się i częściowo dzięki ich pomocy ukończyłem swój pierwszy bieg ultra.

Plecak Salomon S-Lab Advanced Skin Hydro 5 Set – recenzja

resizeImage

W końcu biorę na warsztat plecak, o który pyta mnie większość znajomych. Sprawa ma się oczywiście jasno – czy warto wydawać tyle pieniędzy? W tej recenzji postaram się dać Wam pełny obraz tego, jak mi biega się z Salomon S-Lab Skin Hydro 5 Set. Mam nadzieję, że po lekturze sami odpowiecie sobie na pytanie, czy jego właściwości są warte ceny. W ostatnim numerze Magazynu Bieganie zwróciłem uwagę na podział tego typu sprzętu na plecaki i kamizelki, ja jednak pozostanę na stanowisku, że to jedno i to samo, więc obu nazw będę używał synonimicznie w stosunku do recenzowanego produktu. Ostrzegam, że trochę skaczę po tematach, bo recenzję uzupełniałem kilkakrotnie po nowych spostrzeżeniach.

Dopasowanie i komfort

To najprawdopodobniej największa zaleta tego plecaka. Jedynym wymogiem jest dobór odpowiedniego rozmiaru. Ja miałem okazję przymierzyć dwa modele – w rozmiarze M/L oraz XL i zdecydowałem się na ten drugi. Jest to kwestia fundamentalna, ponieważ w S-Lab Skin Hydro Set 5 nie jesteśmy w stanie wyregulować długości szelek, operujemy jedynie gumkami, które znajdują się między nimi i pozwalają mocniej „przytulić” plecak do ciała. Na stronie producenta nie znalazłem tabeli rozmiarów, z której można by wyczytać odpowiednią dla siebie wielkość, więc polecam wszystkim znaleźć miejsce, w którym plecak można założyć.

Co do wspomnianych gumek, to spełniają swoje zadanie rewelacyjnie. Ich regulacja to kwestia jednego pociągnięcia, bądź poluzowania jedną lub obiema rękami. Gdy w trakcie biegu zmienia się waga plecaka (wypijamy napoje, zakładamy/ściągamy kurtkę itp.), jesteśmy w stanie od razu reagować na to regulując odpowiednio plecak. Nic nam nie lata, nic nie obciera ciała. Warto zaznaczyć, że tak dobre wrażenia miałem zarówno po biegu w zwykłej koszulce, jak i po treningach w bluzach/kurtach, a nawet biegając z plecakiem na „gołej klacie”.

resizeImage (3)

Bieg z kijami

Plecak/kamizelkę sprawdzałem też pod kątem biegu z kijami. Na szczycie prawej szelki i w dolnej części plecaka znajdziecie gumki, dzięki którym przymocujemy kije do plecaka, by nie zajmowały nam rąk w trakcie biegu. System sprawdza się bardzo dobrze – kije nie latają, nie obciążają nierównomiernie pleców i nawet przy szybkich, technicznych zbiegach możemy czuć się pewnie. Wyciągnięcie kijów podczas biegu nie sprawia najmniejszych problemów. Starczą dwa ruchy ręką i kije są gotowe do użycia – wyciągając je przez bark można się poczuć jak samuraj.

resizeImage (4)

Soft Flaski

W zestawie dostajemy dwa miękkie bidony o pojemności 500 ml. Ich dedykowanym miejscem spoczynku są kieszonki w szelkach, choć można je nosić także w jednej z tylnych kieszeni, by przednie zostawić na inne produkty. Głównym zmartwieniem większości recenzentów S-Lab Skin Hydro 5 Set jest brak bukłaka na napoje, co rzeczywiście jest dziwne, gdy weźmie się pod uwagę, że dostajemy termiczny „sweter” do… bukłaka właśnie. Mój stary bukłak nie mieścił się do owego swetra, więc od razu odpuściłem tę sprawę.

Nie będę ukrywał, że bidony na szelkach w moim przypadku okazały się strzałem w dziesiątkę. By się napić, wystarczy się schylić do jednego z ustników, przegryźć i lekko docisnąć miękki bidon. Pozostawiając na boku skojarzenia z piciem z własnych sutków, jest to bardzo wygodny system. Flaski wraz z ubywaniem napoju stają się coraz mniejsze, dzięki czemu zajmują nam mniej miejsca, a po całkowitym wypróżnieniu można je śmiało zwinąć i spakować do kieszeni. W ten sposób otrzymujemy kolejne wolne kieszenie. Jedyny problem stanowiło ponowne napełnienie bidonów – dość ciężko rozkręca się je spoconymi dłońmi i czasami musiałem sobie pomagać zębami. Dla biegaczy korzystających z suplementów w proszku problematyczne mogą być także małe otworzy bidonów. Trzeba chwili cierpliwości by wsypać tam odżywkę.

Flaski wykorzystywałem też jako zwykłe bidony do biegania w ręce. Pewnie leżą w dłoni, nie obciążają, a jedyny problem (który występuje także w przypadku plastikowych bidonów) to mocno pocące się dłonie. Nie sprawia to jednak, by flask wyślizgiwał nam się.

resizeImage (5)

Kieszenie i ich dostępność podczas biegu

Na każdej szelce znajdziemy po dwie kieszenie – jedną na drobiazgi oraz drugą, która jest dostosowana do bidonów, choć można w niej upchnąć inne rzeczy, gdy np. biegniemy z bukłakiem. Mniejsza kieszeń zaskakuje swoją pojemnością, wbrew wszelkim pozorom zmieściłem tam trzy żele (a konkretnie Agisko, by zobrazować wam ich wielkość), więc na samych przednich kieszonkach możemy się uzbroić na długi bieg.

Jeżeli jesteście przywiązani do tradycyjnych bidonów i nie w smak wam soft flaski, to niestety możecie mieć problem ze zmieszczeniem dużych plastikowych pojemników w kieszeni na bidony. Jest ona wykrojona na flaski i większe bidony wchodzą tam trochę na siłę. Da się je jednak zmieścić.

Na wysokości bioder mamy kolejne cztery kieszenie, po dwie na każdą stronę. Jedna z nich otwiera się od góry i nie ma zamka, drugą zamkniemy zamkiem błyskawicznym, a jej wejście ustawione jest bokiem. Jest ona przy okazji znacznie dłuższa. By nie sprowadzać wszystkiego do żeli – zmieścicie tam telefon lub czołówkę, paczkę chusteczek i inne porównywalne gabarytami gadżety. Ja zazwyczaj noszę tam właśnie chusteczki i zapas baterii do latarki.

Główna komora i największa kieszeń

Główna komora dzieli się na dwie części, które nie są zapinane zamkami. W części od strony pleców najdziemy wspomniany „termiczny sweter” na bukłak z wodą, który możemy wyciagnąć i w ten sposób zyskać więcej miejsca. Znajduje się tam także mała podwieszana kieszeń, gdzie możemy trzymać folię NRC lub inne drobiazgi. W drugiej komorze możemy upchnąć resztę potrzebnego w danej chwili sprzętu. Wykonano ją z bardzo rozciągliwego materiału i wbrew pozorom można tam zmieścić sporo bagażu nawet w 5 litrowej wersji plecaka.

Poniżej znajduje się podłużna, również nie zamykana kieszeń, do której przy odrobinie jogi dostaniemy się podczas biegu. Bez problemu mieszczą się tam duże bidony i butelki, co daje okazję do uwolnienia kieszeni przeznaczonych na soft flaski. Mimo braku zamków, nie zdarzyło mi się, żeby cokolwiek wypadło z tej kieszeni i z głównej komory – plecak otula nasze plecy, a tym samym przytrzymuje rzeczy przy naszym ciele.

To czego mi brakuje w tej strefie plecaka to gumki, które bardzo często występują w innych modelach plecaków biegowych. Dzięki nim moglibyśmy oszczędzić miejsce wewnątrz komór i np. zamocować na gumkach zmienne ubrania. Korzystałem z takiej opcji w swoim poprzednim plecaku, tutaj musiałęm wszystko wrzucać do wnętrza.

resizeImage (1)

Mycie plecaka

Niewielu recenzentów zwraca uwagę na ten aspekt przy opisywaniu plecaków, a jest to sprawa dużej wagi. Długie biegi górskie (i nie tylko) zmuszają nas do zabierania na trasę podręcznych źródeł energii. Czy będzie to żel, baton, czy jakakolwiek inna forma węglowodanów, zawsze zastaniemy ją w sztucznym opakowaniu. Kulturalnemu turyście (a do takich przecież się zaliczamy) przez myśl nie przejdzie, by wspomniane opakowanie rzucić w krzaki po posileniu się, w związku z czym pakujemy je do jednej z kieszeni. Zazwyczaj wewnątrz zostanie trochę żelu czy czekolady i na koniec biegu nasz plecak wygląda jakby ktoś na niego, delikatnie mówiąc, „narobił”.

I tutaj właśnie, w klasycznej formie pojawia się główny powód, dla którego piszę o myciu plecaka. Materiał, z którego jest on wykonany, powinien nam zapewnić szybkie i bezproblemowe wymycie z resztek żelu czy batona i tak właśnie dzieje się w przypadku plecaka Salomona. W związku z tym, że jest on niemal w całości wykonany z siatki, wystarczy, że przetrzemy go lekko zwilżonym ręcznikiem i… właściwie jest już po sprawie. Co więcej, osuszenie zamoczonego materiału zwykłą chusteczką sprawia, że plecak od razu jest gotowy do ponownego użycia, więc całą procedurę mycia można wykonać nawet na trasie.

W przypadku mycia całego plecaka – płukałem go zimną wodą pod kranem, jak zwykłą koszulkę. Sprawdzało się doskonale.

resizeImage (2)

Uwagi recenzentów

Przed zakupem tego plecaka spotkałem się z opiniami, że materiał, z którego jest wykonany, bardzo mocno chłonie wodę i pot, przez co plecak robi się cięższy. Zarówno pierwsza, jak i druga część zarzutu się zgadza – plecak mocno chłonie wodę i pewnie robi się odrobinę cięższy, choć nie poczujemy tego ciężaru na sobie. Większym problemem będzie zachowane w suchym stanie schowanych wewnątrz rzeczy. Po kilku biegach nauczyłem się, że portfel, telefon i inne wrażliwe gadżety warto schować do plaskiowych torebek zapinanych na zacisk. Podobnie proponuję chronić mapę, jeżeli biegniemy z modelem papierowym, nielaminowanym.

 

Luźny werdykt

Mówiąc całkowicie szczerze, stałem się wielkim fanem tego plecaka. Wszystkie wady, które wymieniłem w recenzji są jedynie „szukaniem dziury w całym”, bo w porównaniu do dwóch poprzednich modeli plecaków, z którymi biegałem (Quechua i Asics) to zupełnie inny – szalenie wyższy – poziom. Niezależnie od długości biegu i warunków pogodowych, za każdym razem czułem się w nim komfortowo. Jeżeli możecie sobie pozwolić na taki zakup lub uda Wam się namówić znajomych na urodzinowom zbiórkę, to gorąco polecam ten produkt. Nie sądzę, aby ktokolwiek czuł się zawiedziony.

O Salomon S-Lab Skin Hydro Set 5 mógłbym pisać jeszcze bardzo długo, ale nie chciałbym Was zanudzać. Jeżeli macie pytania dotyczące tego produktu, na które nie odpowiedziałem w recenzji, to proszę o komentarze – chętnie opiszę wszystko, o czym zapomniałem wspomnieć w tekście.

 

PS Zdjęcia ukradłem ze strony Salomona. Oby nie mieli mi za złe 😦

Alberto Salazar “14 minut” – recenzja książki

14_minut_Salazar_okladka

Co się stanie, gdy młody chłopak o kubańskim temperamencie trafi do ojczyzny konkurencji i sportowej rywalizacji? Odpowiedź znajdziemy w wydanej przez Galaktykę historii Alberto Salazara – legendarnego biegacza i trenera największych gwiazd biegów długodystansowych. 14 minut polecali mi znajomi, a po przeczytaniu biografii Mo Faraha, jednego z podopiecznych Salazara, wiedziałem już, że muszę po nią sięgnąć.

 

Ojciec, Kuba i Che Guevara

Alberto Salazar zaczyna swoją książkę dość niespodziewanie od historii swojego ojca i jego ojczystego kraju. Jose Salazar był w samym centrum burzliwych wydarzeń kubańskiej rewolucji i nauka, którą wyniósł z tych wydarzeń ukształtowała jego charakter. Nie pozostało to bez wpływu na młodego Alberto, który już w młodości wiedział, że w życiu trzeba przestrzegać pewnych zasad, a szacunek zdobywa się ciężką pracą. Gdy cała rodzina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, wspomnianej ojczyzny rywalizacji, Alberto wiedział już, że cały swój trud włoży w sport – zostanie najlepszym biegaczem długodystansowym na świecie.

W tym miejscu mogłaby się zacząć litania nazwisk, zawodów i czasów na poszczególnych dystansach, które Alberto osiągał w drodze na szczyt, ale jego życie było dużo bardziej skomplikowane. Choć zabrzmi to nieco patetycznie, na drodze młodego biegacza dość często stawała… śmierć. Począwszy od chwili, gdy za młodu bawił się z bratem łukiem i nabitym pistoletem, po późniejsze historie z samych tras biegowych, Alberto przynajmniej kilka razy w ciągu swojego życia musiał godzić się z tym, że piasek w jego klepsydrze już się przesypał. Część z opisów tych sytuacji brzmi nawet zabawnie, ale domyślam się, że wydają się takie dopiero z perspektywy czasu. Oprócz śmierci dużą rolę w tym przedstawieniu ma zwykłe szczęście, które często wskazywało Salazarowi drogę w chwilach zagubienia.

Charakter ojca i atmosfera w domu, przeprowadzka do Ameryki oraz stałe balansowanie na granicy życia i śmierci – to główne czynniki, które sprawiły, że nazwisko Alberto Salazara nie jest nam dziś obojętne. Jego szalenie rywalizacyjne podejście do sportu sprawiło, że sam dotarł na szczyt biegowego świata, a następnie pomógł dotrzeć tam swoim podopiecznym. 14 minut opisuje drogę do wszystkich tych sukcesów.

Narodziny masowego biegania

Nie wprost, ale w bardzo wielu fragmentach 14 minut można znaleźć ciekawe opisy początków amerykańskiego boomu na bieganie. Z historii Salazara dowiemy się, kto tworzył społeczeństwo biegaczy w tamtym okresie, jak organizowano zawody i, a może przede wszystkim, jak wówczas trenowano biegania. Wyławianie tych fragmentów pozwoli nam na dość ciekawe porównania do obecnego okresu wielkiej popularności naszego sportu w Polsce.

Jak się czyta?

Jak większość książek motywacyjnych – szybko. Zaskakuje jednak brak rozdziałów, a jedynie podział książki na znacznie obszerniejsze części. Dla czytelników, którym zdarza się odłożyć książkę na wiele dni, a potem do niej wracać, może to stanowić problem. Brakuje mi także większej liczby zdjęć, które stały się swego rodzaju wizytówką książek wydawanych przez Galaktykę. Są to jednak kosmetyczne wady, które nikną przy samej lekturze. Napisana z pomocą Johna Branta książka porywa od pierwszych stron i trzyma nas do samych podziękowań, a opisy poszczególnych biegów i walki na trasie sprawiają, że chce się wyjść na trening natychmiast po ich przeczytaniu. Co ciekawe, po skończeniu książki wynoszę wrażenie, że 14 minut to dość spory skrót z życia Salazara, a historie, które mógłby nam opowiadać nie skończyłyby się jeszcze długo.

Autobiografia Mo Faraha – recenzja książki

Mo_Farah

Centrum Europy, XXI wiek, a ty – w wyniku nieszczęśliwego wypadku – tracisz połączenie z internetem. Tak mógłby zaczynać się współczesny horror, w którym główną rolę grałby nastolatek, mi jednak przydarzyło się to wczoraj. W takich chwilach długo nie zastanawiam się, co ze sobą zrobić – to w końcu idealny czas na nadrobienie zaległości książkowych. Na całe szczęście w moje ręce trafiła pozycja wyjątkowo ciekawa – autobiografia samego Mo Faraha, którą na polskim rynku wydała Galaktyka. Czy żałowałem braku dostępu do internetu?

 

Książka da ci kopa

Książki dotyczące biegania można podzielić na kilka kategorii. Z jednej strony będą to poradniki, których celem jest wprowadzenie początkujących w tajniki tego sportu. Najczęściej zawierają zalecenia na temat doboru butów, stroju biegowego, diety i nawadniania czy pierwszych treningów. Drugą grupę można, dość niefortunnie, nazwać „podręcznikami”. To pozycje, które kreślą konkretne założenia treningowe, zgodne z przyjętą metodą. Znajdziemy tu klasyczne pozycje, jak Bieganie metodą Gallowaya, Bieganie metodą Danielsa czy, wydany niedawno, Maraton metodą Hansenów. Trzecią część biegowej księgarni będą stanowiły książki motywacyjne, których lektura ma sprawić, że wyskoczymy z domowych kapci i szybko zawiążemy swoje buty biegowe. W tej właśnie grupie swoje miejsce znalazło Wydawnictwo Galaktyka, które do tej pory sprezentowało nam m.in. Urodzonych Biegaczy (moim zdaniem absolutny must have w biegowej biblioteczce), Jedz i Biegaj Scotta Jurka czy Ultramaratończyka Deana Karnazesa. Wszystkie te książki były dla mnie wielkim źródłem inspiracji, z tym większym entuzjazmem podszedłem do lektury Autobiografii wielkiego Mo Faraha.

Historia, która przeczy wszelkim schematom

Mo Farah, a właściwie Mohamed Muktar Jama Farah, co staje się jasne już na początku lektury, to czarnoskóry brytyjski biegacz, pochodzący z Somalii. Jeżeli w tym momencie przerwiemy tę historię, większość z was pomyśli na pewno – oczywista sprawa, wychował się w Afryce, gdzie biegał boso przez całe dzieciństwo, a z czasem, skuszony wizją finansowego eldorado, wyjechał do Europy wyrywać wszystkie puchary z rąk Europejczyków. To schemat, który, świadomie lub nie, nakładamy na większość startujących w Europie czarnoskórych biegaczy. W przypadku Mo Faraha historia potoczyła się jednak zupełnie inaczej.

Jego dzieciństwo nie upływało na kilkukilometrowych wędrówkach do szkoły, ale na codziennych zabawach z bratem bliźniakiem. Bieganiem nie zaraził się w rodzinnych stronach, a jego pierwszą miłością była piłka nożna. Co więcej, burzliwe losy jego rodziny, zmuszonej do wielokrotnych przeprowadzek, oraz samej Somalii, wyniszczanej wojną domową, sprawiły, że zamiast na rozwijaniu swoich umiejętności, skupiał się na utrzymywaniu dobrych kontaktów z bliskimi.

Biegać zaczął dopiero w Anglii, co też było do pewnego stopnia przypadkiem. Na szczęście w wieku kilkunastu lat trafił na szkolnego trenera, który poznał się na jego talencie i namówił go, by część energii poświęcanej na kopanie piłki przeznaczył na treningi w lokalnym klubie (co też nie obyło się bez sprytnej umowy z samym trenerem). W ten sposób rozpoczęła się kariera wielkiego olimpijczyka, który do dzisiaj jest na ustach całego biegowego świata. To historia, która w żadnej mierze nie przypomina naszych stereotypowych wyobrażeń o biografiach Afrykańczyków biegających na Starym Kontynencie.

Jak rodziła się legenda

Z kolejnych rozdziałów autobiografii dowiemy się, że talent to nie wszystko. Bez systematycznych treningów i wsparcia bliskich, Mo Farah nie sięgnąłby po najwyższe laury świata lekkiej atletyki. Moją uwagę szczególnie przykuł ten drugi aspekt – historia relacji Mo z pierwszym sportowym mentorem oraz wspinaczka po kolejnych szczeblach juniorskiej i zawodowej kariery, doskonale obrazują, jak wygląda brytyjskie podejście do młodych, utalentowanych lekkoatletów. Nie jestem w stanie porównać go do sytuacji w Polsce, bo nie znam jej dobrze, mogę się jedynie domyślać, że w takim zestawieniu wypadlibyśmy blado. W Autobiografii wyjątkowo sprawnie zostały także oddane rozterki zawodników podczas samych startów. Próba stworzenia takich dynamicznych opisów położyła niejedną z dotychczas czytanych przeze mnie książek, a w tym przypadku wypadła naprawdę dobrze.

Co z tym internetem?

Nie będę ukrywał, że nie żałowałem tego wieczora braku internetu. Przed snem dotarłem do połowy książki, którą z samego rana, przed zajęciami na uczelni, wykończyłem. Wśród tytułów wydanych przez Galaktykę można śmiało wyróżnić te bardzo udane (wspomniane przeze mnie na początku tekstu) oraz lekkie niewypały (jak Ukryta Siła Richa Rolla czy Dogonić Kenijczyków Adharananda Finna). Autobiografię Mo Faraha śmiało umieszczam w tej pierwszej grupie, ponieważ czyta się ją bardzo przyjemnie i sprawnie, a sama treść w stu procentach spełnia swoją rolę – daje sporą dawkę motywacji do treningów i dalszego rozwoju biegowego. Uzupełnieniem treści są wspaniałe fotografie, a całość opatrzona jest elegancką okładką. Czy potrzeba czegoś więcej?

Szczerze polecam 🙂

Książka Ultramaratony. Bieganie i kolarstwo – recenzja

Ultramaratony-Bieganie-i-kolarstwo_Grzegorz-Rogoz,images_big,1,978-83-7788-353-2

Mamy początek czerwca, za niecałe trzy tygodnie debiutuję w ultramaratonie. Nie wydłużę doby, w której nie ma wiele czasu na długie wybiegania i typowe przygotowanie do takiego wyzwania, więc postanowiłem przerobić temat przynajmniej teoretycznie. W księgarni bez problemów trafiłem na stosunkowo nową pozycję wydawnictwa Samo Sedno – Ultramaratony. Bieganie i kolarstwo, Grzegorza Rogoża. Co wynikło z kilku wspólnie spędzonych godzin?

Od biegacza dla biegaczy

Grzegorz Rogoż wie o czym pisze, gdy pisze o dyscyplinach wytrzymałościowych. Gdyby ograniczyć się wyłącznie do jego doświadczenia jako biegacza, to wciąż do wymienienia mamy m.in. zdobycie Korony Maratonów Polskich, start w prestiżowym BWM Berlin Maratonie oraz klasycznych polskich imprezach ultra: Biegu Rzeźnika i Beskidy Ultra Trail. Wspomnienie o 20 letniej przygodzie z kolarstwem jedynie dopełnia tego wizerunku. Po takim CV byłem spokojny – Ultramaratony. Bieganie i kolarstwo to książka napisana przez pasjonata i fachowca.

Niezbędnik, podręcznik i leksykon w jednym?

Autor już we wstępie zaznacza, jakie intencje przyświecają tej książce – nie powinniśmy po niej oczekiwać ultramaratońskich prawd objawionych, bo takie nie istnieją. Nie jest to także książka dla zaawansowanych biegaczy i tych, którzy debiut na ultradystansie mają już za sobą – ci większości przedstawionych rad pewnie już się nauczyli (w najgorszym przypadku na własnych błędach). Cele, które Grzegorz Rogoż stawia przed Ultramaratonami, to przede wszystkim przekonanie maratończyków, że dystans przekraczający 42,195 metrów może być dla nich kolejnym celem na drodze rozwoju; ukazanie jak może przebiegać transformacja z maratończyka do ultramaratończyka, a na koniec, zachęcenie do brania udziału w zawodach, które są świetną okazją do sprawdzenia swoich możliwości i utrzymania wysokiego poziomu motywacji.

Na kolejnych stronach Ultramaratonów dowiadujemy się jak szeroki wachlarz możliwości kryje się pod hasłem „Ultramaraton”, co cechuje biegaczy i kolarzy wybierających nadzwyczajnie długie biegi bądź rajdy oraz czym różni się wysiłek w trakcie miejskiego maratonu od tego, którego doświadczymy podczas stukilometrowego biegu w górach. Jeżeli, przeglądając zdjęcia z imprez ultra, zastanawialiście się, dlaczego większość startujących w nich zawodników przewyższa wiekiem średnią z zawodów miejskich, dzięki Ultramaratonom ten fenomen będzie dla was łatwiejszy do zrozumienia. Przekonacie się też jakie koszty czekają debiutanta w górskim biegu na bardzo długim dystansie i jak wielkie znaczenie dla jego startu będzie miała dieta i odpowiednia regeneracja.

Bardzo ciekawym fragmentem książki jest właśnie rozdział dotyczący kosztów biegania na ultradługich dystansach. O ile z czasem skompletowałem swój „zestaw” niezbędników: odpowiednie buty, plecak czy ubrania, to ważną lekcją dla każdego biegacza powinno być poznanie naszego świata z punktu widzenia organizatora biegów. Grzegorz Rogoż odsłania przed nami to, co zazwyczaj jest obiektem szerokiej krytyki biegaczy, gdy odpowiada na pytanie: dlaczego pakiety startowe w biegach są takie drogie? Tę część warto naprawdę wnikliwie przeczytać.

Na koniec dostajemy krótki poradnik dotyczący najczęściej przydarzających się kontuzji oraz przykładowe plany treningowe, które mają nas poprowadzić do debiutu na dystansie 50 i 100 km.

Książka, kawa, parę godzin…

Przejdźmy do sedna, czyli mojej oceny. Czy wiele dowiedziałem się z tej książki? Będę szczery – nie. Nie wynika to jednak z faktu, że w Ultramaratonach nie znajdziemy pouczających treści, ale z tego, że jestem po prostu w temacie oczytany i sam mam już kilka biegów górskich na koncie. Na własnych błędach i z innych lektur nauczyłem się większości rzeczy, które teraz przydają mi się podczas biegów i pewnie przydadzą mi się w zbliżającym się ultra-debiucie. To jednak nie oznacza, że nie dowiedziałem się zupełnie niczego – dużo wyniosłem z krótkiego fragmentu dotyczącego kijków. Do tej pory nie myślałem o ich wykorzystywaniu podczas biegów, a po lekturze jestem tym tematem bardziej zaintrygowany.

Zupełnie inne wrażenie z lektury wyniosą z kolei początkujący biegacze oraz ci, którzy mają za sobą debiut w miejskim maratonie i szukają nowych celów. Do nich kierowana jest ta książka i mam wrażenie, że Ultramaratony spełnią ich oczekiwania. To bardzo dobry i przystępny przewodnik dla rozpoczynających swoją przygodę z ultra i górskim bieganiem.

Książkę znajdziecie oczywiście na stronie wydawnictwa Samo Sedno:
http://www.samosedno.com.pl/ultramaratony-bieganie-i-kolarstwo,1135.html

Zapraszam do czytania, podzielcie się swoja opinią 🙂

 

 

 

Salomon S-Lab Sense 2 – recenzja

1795598_219276371600491_640576280_n

Wielkie, medialne sukcesy Kiliana Jorneta w biegach górskich wszelkiego rodzaju oraz wydana w wielu językach na całym świecie książka „Biec albo umrzeć” (w oryginale „Correr o morir”) sprawiły, że każdy – nie tylko trailowi wyjadacze – zaczęli z uwagą przyglądać się kolekcji butów i ubrań Salomona, firmowanych symbolem S-Lab. To swego rodzaju „marka premium” francuskiego producenta, która ma zadowolić najbardziej wymagających odbiorców. Ja, dzięki konkursowi Wydawnictwa SQN, od grudnia mam możliwość nabijać kilometry w butach S-Lab Sense 2 i o nich będzie traktowała poniższa recenzja.

Co mówią tabelki?

Zacznijmy od danych technicznych buta, które same w sobie dadzą nam pewien obraz ich przeznaczenia i możliwości. Na początek – drop. Pod piętą znajdziemy 13 mm, a pod śródstopiem 9 mm pianki, więc między tymi poziomami wychodzi 4 mm różnicy. Jak na Salomona jest to spora rewolucja, bowiem większość ich dotychczasowych modeli przypomina mocno zabudowane i wysokie czołgi, które mają nas bezpiecznie prowadzić przez nieznane. Tymczasem S-Lab Sense od początku odbiegają od tego schematu i przypominają nisko zawieszone sportowe auta przy wielkich SUVach.

SSLBSE2-1

Poza niskim dropem w Sensach znajdziemy stosunkowo niewielki bieżnik. Gdyby na kontinuum jedną z granic stanowiły Speedcrossy, to S-Lab Sense 2 znajdzie się dokładnie na jego drugim końcu. Sprawia to, że Sense można śmiało uznać za przeznaczone do biegania po suchych ścieżkach – o tym, jak radzą sobie w sporym błocie, powiem później. Ząbki bieżnika ustawione są przeciwstawnie pod piętą i na śródstopiu, dzięki czemu but powinien skutecznie łapać przyczepność zarówno na podbiegach, jak i zbiegach. Warto zaznaczyć, że niemal cała środkowa część podeszwy pozbawiona jest bieżnika.

Klasycznym rozwiązaniem dla Salomona jest system „sznurowania” Quicklace, występujący wspólnie z kieszonką (Lace Pocket), gdzie możemy upchnąć wyjątkowe sznurowadła. Język jest wszyty, a cholewka zamiast grubych przeszyć trzymana jest gumowymi, bardzo elastycznymi elementami.

SSLBSE2-5

Salomony trzeba mierzyć

To podstawowa zasada. Na całe szczęście miałem okazję zmierzyć te buty w Sklepie Biegacza zanim podałem w zamówieniu odpowiedni numer. Dziś już wiem, że większość modeli Salomona trzeba dobierać w większym niż dotychczas rozmiarze. W S-Lab Sense ma to jeszcze większe znaczenie, ponieważ but jest bardzo niski na wysokości śródstopia. Co ciekawe, większy but był idealnie dopasowany na długości całej stopy, z odpowiednim luzem w palcach (z góry zauważycie, że buty rosną, gdy zbliżamy się do palców). Dzięki temu rozwiązaniu palce podczas lądowania na śródstopiu mogą swobodnie pracować w bucie i nie musimy się martwić obtarciami.

SSLBSE2-4

Z racji dopasowanej konstrukcji trzeba się odrobinę namęczyć podczas wkładania buta na stopę, jednak już po chwili sapania do głowy przyszła mi jedna myśl – te buty są dla mnie! Celowo piszę „dla mnie”, bo nie chciałbym brać odpowiedzialności za ogólniki typu – w tym bucie każdy poczuje się jak w niebie. Czy tak będzie, nie mam pojęcia, ale w moim odczuciu ten but jest po prostu świetny i leży idealnie.

Na treningach

S-Lab Sense 2, z racji niskiego dropu i całej konstrukcji, dedykowane są „biegaczom naturalnym”. W tym przypadku będzie to oznaczało przede wszystkim tych, którzy w trakcie biegania lądują na śródstopiu, choć „naturalnym” elementem tego buta jest też to, że przez podeszwę poczujemy mocniejsze kamienie, korzenie i inne wrogie twory. Od razu zaznaczę, że lądowanie na śródstopie nie przyjdzie nam w tych butach samo z siebie – możemy w nich śmiało lądować na pięcie, choć brak w nich typowych systemów amortyzacyjnych. Techniki lądowania na śródstopiu trzeba się nauczyć i but tego za nas nie zrobi.

DSC04726

Podczas biegu zwraca uwagę cecha, którą w języku angielskim najlepiej oddaje termin „responsive” – buty, dzięki dopasowanej konstrukcji, reagują na każde przesunięcie stopy i dają nam poczucie pełnej kontroli nad każdym ruchem. Niewielki bieżnik sprawia, że krótka przebieżka po asfalcie w drodze na szlak nie będzie dla nas męką, a na suchych trasach poczujemy bardzo dobrą przyczepność. W ramach testów zdarzało mi się w nich robić treningi w wysokich tempach (inwerwałowe, rytmy) i za każdym razem czułem się pewnie mimo sypkiego podłoża.

Buty miały kłopoty z przyczepnością na lodzie, co ciężko traktować jako wielki zarzut, biorąc pod uwagę konstrukcję ich bieżnika. Z błotem było różnie – o ile niewielka breja nie stanowiła dla Sense’ów wyzwania, to w głębokim błocie zaczynały tańczyć. W tym przypadku szczególnie uważać powinni biegacze lądujący na pięcie, bo w tym modelu nie znajdziemy tam wielu wypustek, o czym już wspominałem.

10252170_238744759653652_342133546555994108_n

Na zawodach

W obiegowej opinii S-Lab Sense to górskie startówki do szybkich biegów. Jednak moimi pierwszymi zawodami w tych butach był SkyMarathon, a więc bieg stosunkowo wolny, dzięki któremu mogłem się przekonać, jak będę się czuł po kilku godzinach biegu w Sense’ach. Bieg odbywał się w nieszczególnie sprzyjających warunkach, bowiem całą trasę pokrywała gruba warstwa błota, cały czas lało, a nachylenia na niektórych odcinkach robiły wrażenie nawet na najmocniejszych zawodnikach.

Jak w takich warunkach spisały się Sensy? Odpowiedź można podzielić na kilka części: wygodę oceniam na 10/10 – przez lekko ponad 6 godzin biegu nie czułem żadnego dyskomfortu związanego z noszeniem tych butów; przewiewność i szybkość schnięcia również oceniam bardzo wysoko – w trakcie całego biegu co chwilę miałem okazję wymoczyć te buty do cna i po niedługim czasie było czuć, że but wysycha podczas biegu; bieżnik niestety się nie spisał, na błocie momentami latałem jak baletnica, choć ciężko jest mieć to temu modelowi za złe – nie został skonstruowany do takich warunków, a ja powinienem o tym wiedzieć.

DSC04723

Wytrzymałość

To temat poruszany w większości dyskusji nad tymi butami. Płacimy za nie bardzo duże pieniądze (dobrze, ja nie płaciłem, wygrałem konkurs), więc oczekujemy, że but wytrzyma przynajmniej kilkaset kilometrów, a najlepiej jeszcze więcej. A jak jest w praktyce? Niestety, nie najlepiej. W S-Lab Sense 2 przebiegłem do tej pory około 350 kilometrów i podeszwa wyraźnie odczuła każdy z nich. O ile cholewka wygląda jak nowa – but na pierwszy rzut oka jest niemal nienaruszony, to odwrócenie go bieżnikiem do góry może u niektórych wywołać niemal oburzenie. Ząbki bieżnika nie tyle ścierają się w tych butach, ile po prostu odpadają. Wyglądają jakby były wygryzione przez bieg po kamieniach.

Klasyczne pytanie – czy warto?

Jak oceniam ten but? Nie będę ukrywał – moim zdaniem jest genialny. Napisałbym, że idealny, ale ideał byłby bardziej wytrzymały. S-Lab Sense 2 na mojej stopie układa się bardzo dobrze, nie czuję go mimo godzin spędzonych na ciężkim biegu, do tego jest lekki i bardzo elastyczny. Niestety, jego cena w stosunku do wytrzymałości psuje tę idyllę. Można by próbować bronić Sensy, pisząc, że to w końcu startówki i można je kupić, a potem trzymać na najważniejsze imprezy, ale nie wydaje mi się, by wiele osób zadowolił taki scenariusz. Ja w tak dobrych butach chciałbym biegać na co dzień, a niewielu będzie na to stać.

10300311_237885843072877_4221194661813765714_n