Maraton Gór Stołowych 2015 – relacja

mgs-rect-wrapp

Życie najgłośniej śmieje się z tych pewnych siebie. Tak przynajmniej było w tym przypadku, bo przed startem w Maratonie Gór Stołowych czułem się świetnie i wszystko wskazywało na to, że mogę liczyć na dobry wynik. Treningi przebiegały spokojnie, przeszły mi problemy z żołądkiem, a pogoda od kilku dni dawała przedsmak tego, co czekało nas na trasie, więc wiedziałem czego się spodziewać. To wszystko traci jednak znaczenie, gdy podczas biegu organizm po prostu wyhamowuje i nic nie da się na ten stan poradzić. Wszystkie plany idą na bok i zaczyna się walka o dotarcie do mety…

Do Karłowa przyjechałem w sobotni poranek. Przesunięcie godziny rozpoczęcia zawodów było dla mnie doskonałą okazją by wyspać się w domu i wciągnąć rano porządne śniadanie zamiast turlać się przez noc po aucie i pobiec na batonach. Oczywiście, że oznaczało to także bieg bez nadziei na poranne, chłodniejsze powietrze. Jeżeli ktoś jeszcze spodziewał się, że pogoda będzie znośna, to minuta na słońcu skutecznie weryfikowała znane powiedzenie o tym, czyją matką Nadzieja jest. Zanim dotarłem na start byłem już solidnie spocony, ale nadal przekonany, że pogoda nie powstrzyma mnie przed mocnym biegiem.

IMG_9861

Dziesięć, dziewięć i tak dalej, i skończyło się „co będzie” – trzeba skupić się na biegu, złapać zawodników na podobnym poziomie i napierać. Krótkie przepychanki na asfalcie i pierwszych dwóch kilometrach dawały szansę na ustawienie się w przedniej części stawki, a potem zaczął się lot zgodny z profilem trasy: trochę w górę, potem lekko w dół i tak w kółko. Na każdym punkcie miałem się meldować najpóźniej co godzinę, choć doskonale wiedziałem, że na pierwszym odcinku trzeba parę minut nadrobić, bo lubię tracić czas właśnie na punktach żywieniowych.

Pierwszy punkt w 49:32 przyszedł z łatwością. Z takim zapasem czasu nie musiałem się już martwić o dłuższe postoje przy arbuzach czy męczące podejścia. Jeszcze przed drugim punktem usłyszałem, że jestem na 16 pozycji, a dobre samopoczucie sprawiało, że tylko podniosłem się na duchu i leciałem swoje… ale nie na długo.

IMG_0180

18 km, drugi punkt i pierwsze oznaki zbliżającego się zjazdu. Wciąż trzymałem się planu, wlałem w siebie parę kubków wody i izotnika, co organizm nagrodził lekkim bólem głowy. Ból przychodził i po chwili przechodził, więc zabawa w ciuciubabkę z własnym łbem jeszcze nie wybiła mnie z rytmu. Kolejne kilometry jednak mijały i zaczęło się robić niepokojąco – to, że nie miałem siły podbiegać i zacząłem maszerować pod górę jeszcze wydawało się normalne w takich warunkach, ale dlaczego wówczas mijało mnie tylu zawodników? To ja nie umiem chodzić? Zazwyczaj łapałem część z nich na zbiegach, które wciąż wychodziły bardzo dobrze, ale podejście do Pasterki okazało się już prawdziwą mordęgą.

mgs14_profil

Dotarłem tam z nietęgą miną i od razu skorzystałem z pomocy Michała Złotowskiego, który zlał mnie chłodną wodą z wielkiej balii. Potem wylałem na siebie jeszcze dwa wiadra, co przyniosło lekkie ukojenie. Wypiłem sporo, podjadłem i ruszyłem dalej. Ruszyłem to dobre określenie, bo od tej pory coraz rzadziej można w moim przypadku mówić o bieganiu. „Pętlę Piotrka” znałem z wcześniejszych treningów, więc na zbiegu jeszcze udało mi się zachować klasę, ale podejście to był cios ostateczny – po 500-600 metrach podejścia poczułem się słabo, moje reakcje były mocno opóźnione i było już po biegu. Siadłem na skale i przez parę minut próbowałem dość do siebie. Do mety czekało mnie jeszcze kilka takich “posiadówek”.

IMG_0003

Wymowny jest wykres tętna, który od tego momentu leci w dół aż do schodów na Szczeliniec. Równie wymowna była próba oddania moczu, która skończyła się na kilkunastu kroplach w kolorze drzewiasto-ziemistym. Miałem ze sobą cały czas 1,5 litra płynu i piłem na każdym punkcie, a i tak mocno się odwodniłem. Od dłuższego czasu z biegacza zmieniłem się w pożywkę dla much i innych owadów. Ich czułe zaloty sprawiły, że dzisiaj wyglądam jakbym miał ospę.

Na metę dotarłem po siedmiu godzinach i paru minutach. Nie ma sensu ciągnąć opowieści o tym jak ciągnąłem nogę za nogą niczym orszak pogrzebowy. Mógłbym w tym momencie napisać, jak daleko byłem wobec tego od osiągnięcia planu, ale chyba brak mi porządnej metafory. Sześć do ponad siedmiu godzin na takim dystansie dzieli po prostu przepaść, nie szczelinka.

11709223_393188000875993_4141591065807166477_n

Nie chciałbym jednak by ta relacja zmieniła się w moje wycie do księżyca nad słabym wynikiem. Maratonowi Gór Stołowych trzeba oddać, że trasa jest naprawdę świetna. Technicznie wymagająca, ale pozwalająca także wyciągnąć kopyta na kilku odcinkach. Z widokami jest różnie – kto był kiedyś w Górach Stołowych ten wie, że nie można się tam spodziewać wypiętrzonych szczytów i wielu punktów z ciągnącymi się panoramami, ale potężne skały i urokliwe lasy nadrabiają te braki z nadwyżką.

11659368_393188030875990_8969455922118572911_n

Punkty żywieniowe były bardzo dobrze zorganizowane, a wolontariusze pomocni, za co należą się im wielkie podziękowania. Nie można także pominąć roli osób wskazujących na trasie kierunek – nie dość, że dobrze wykonywali swoją robotę, to jeszcze wspierali takie trupy jak ja do dalszej walki. Idąc dalej – prysznice na Szczelińcu to znacznie więcej niż się spodziewałem, do tego smaczny makaron w Pasterce tworzą obraz doskonale zorganizowanych zawodów. Dzięki wielkie i widzimy się za rok – mam rachunki do wyrównania!

7 comments

  1. Fajna relacja, przyjemnie się czyta. Odpoczywaj bo z tego co widziałem, za dwa tygodnie walczymy o zwycięstwo w M20 w tych samych górach na trochę dłuższym dystansie;)

  2. no to się przestraszyłem. za 2 tygodnie mój pierwszy pełny maraton górski. jak dotąd nie obawiałem się zwały. teraz już tak.

      1. już mi przeszło, ale gdy to czytałem to trochę spanikowałem. jednak z pogodą to nie wiadomo do końca. rok temu biegłem w tym samym miejscu (lądek zdrój) i terminie półmaraton – pogoda była zabójstwem. mnie zabił dopiero wynik, na szczęście w sensie pozytywnym. zobaczymy co będzie. z tego co widziałem, to też się tam wybierasz, ale na dłuższe szaleństwo. powodzenia!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s