Bieg Ultra Granią Tatr – moje kompendium przedstartowe

W końcu udało mi się złożyć wszystkie filmowe relacje, a po ich połączeniu z tekstami powstaje z tego niewielkie kompendium, które przyszłym zawodnikom da pewne wrażenie na temat przyszłego startu. 

Opisy poszczególnych części trasy i linki do filmów:
1. Siwa Przełęcz – Hala Ornak

https://wluznejformie.wordpress.com/2015/07/10/bugt-rekonesans-trasy-siwa-przelecz-hala-ornak/

2. Hala Ornak – Hala Gąsienicowa

https://wluznejformie.wordpress.com/2015/07/11/bugt-rekonesans-trasy-2-hala-ornak-hala-gasienicowa/

3. Hala Gąsienicowa – Kuźnice

https://wluznejformie.wordpress.com/2015/07/13/bugt-rekonesans-trasy-3-hala-gasienicowa-kuznice/

Advertisements

BUGT rekonesans trasy 3.: Hala Gąsienicowa – Kuźnice

1912374_395332877328172_4943541365217237007_n

Do trzech razy sztuka – pora na ostatni z opracowanych przez nas etapów rekonesansu trasy BUGT. Od Murowańca na Hali Gąsienicowej docieramy do Kuźnic, bo ostatnie metry ulicami miasta nie potrzebują specjalnego omówienia. Przełęcz Krzyżne to najbardziej oczywiste utrudnienie na tym etapie, ale znajdzie się tu jeszcze kilka miejsc, gdzie można uronić łzę smutku oraz parę takich, które powinny was pocieszyć. Przejdźmy zatem do opisu.

W przeciwieństwie do punktu odżywczego na Ornaku w Murowańcu polecam zjeść na miejscu przy napełnianiu bidonów/bukłaków. Tym razem nie czeka na nas bowiem podejście za samym schroniskiem, ale fragment, który warto będzie przebiec. Zejście na żółty szlak rozpoczyna się single trackiem wśród krzaków – podłoże to spore kamienie, po których można swobodnie biec. Zanim zacznie się podejście, które widać na profilu zdążymy nadrobić czas przeznaczony na jedzenie, a nawet więcej.

11709261_395332560661537_7570055711064205619_n

Podejście zacznie się na granicy wyznaczonej przez drzewa. Nie jest mocno nachylone i można tam solidnie napierać, dlatego też warto było zjeść wcześniej by mieć na to siły i nie tracić czasu na podjadanie. Częściowo można tam też podbiegać – warto nadrabiać każdy czas, który stracimy na drapanie się na przełęcz.

11745912_395332653994861_2868477682578462730_n

Zanim jednak to następi przelecimy kamieniami przez Dolinę Pańszczyca z Czerwonym Stawem. Od Murowańca do tego momentu będzie trochę mniej widowiskowych obrazków na trasie, więc nadal skupiamy się na biegu/napieraniu. Chwilę za stawem czeka nas strome, choć krótkie podejście niedaleko Wielkiej Kopki, a potem znowu mamy czas na bieganie zanim przyjdzie pora na Krzyżne. Kamienie na tym fragmencie są duże i stosunkowo wygodne.

11665621_395332630661530_1906970774535039365_n

Podejście na Krzyżne

Nie bez powodu obawiają się go wszyscy, którzy prześledzili profil biegu, w rzeczywistości nie jest to jednak najgorszy fragment trzeciej części trasy. Horror pod przełęczą zaczyna się tak naprawdę na ostatnich 400-500 metrach, gdzie czeka nas solidna wspinaczka po skalnych stopniach, ale zanim do tego dojdzie podejście jest całkiem rozsądne. Na wdrapanie się stracimy w tym miejscu sporo czasu, ale gorsze czeka nas na samej przełęczy…

11745326_395332813994845_5906989670211273721_n

Okazuje się bowiem, że „zbieg” z Krzyżnego jest znacznie gorszy niż podejście na tę przełęcz. Jest strome, wąskie, pełne nierównych kamieni i skał i w dużej mierze nie nadaje się do rzeczywistego zbiegania. Momenty, dosłownie momenty, gdzie będziecie mogli trochę pohulać szybko przejdą w trudność, gdzie trzeba będzie pomóc sobie rękami albo przynajmniej solidnie zwolnić. Od Krzyżnego pocieszyć nas może jednak jedno – widok na Dolinę Pięciu Stawów zapiera dech w piersiach!

11140368_395332860661507_5118570094223124959_n

10982131_395332940661499_3384602460075666367_n

1912502_395332897328170_1933071456723729812_n

Dopiero jednak w okolicach Wielkiego Stawu trafimy na część szlaku, która nadaje się do porządnego zbiegania i trzeba tu wykorzystać każdy fragment. Warto mieć na uwadze, że przy Przednim Stawie ulokowane jest schronisko, gdzie za ok. 8 zł dostaniecie kolę czy izotonik. Oczywiście można tam też kupić lekkie przekąski. Biorąc pod uwagę, że na Wodogrzmotach czeka na was tylko woda/izo, warto się tam ewentualnie zaopatrzyć.

Biegiem do asfaltu

Następny fragment trasy prowadzi początkowo czarnym, a następnie zielonym szlakiem do Wodogrzmotów. To już czysty górski zbieg i należy z niego wycisnąć wszystko, co się da. Jedyna przeszkoda to niestety liczba turystów. Traficie tam najprawdopodobniej na prawdziwe tłumy i nie będzie przesadą, gdy napiszę, że większość ma biegaczy tak głęboko w d., że nawet aktorzy najobskurniejszych filmów porno byliby zdziwieni. Należy jednak zacisnąć zęby i lecieć przed siebie.

11709522_395333067328153_1871768207656585547_n

Do asfaltowej ścieżki na morskie oko traficie dosyć szybko, a tam ulokowany został ostatni punkt – tym razem z samymi płynami. Na szczęście lecąc w dół między turystami traficie po lewej stronie na sklep, gdzie można kupić napoje i słodycze (nie wchodziłem do środka, ale ceny są najpewniej takie jak wszędzie w okolicy, czyli trzykrotność tego, co w normalnych sklepach). To ostatnia szansa przed Kuźnicami, żeby nabyć cokolwiek do jedzenia.

Na deser jeszcze kilka podejść

Z asfaltu odbijamy w lewo, na czerwony szlak w stronę Rówieni Waksmundzkiej. Piewsze, co tam widzimy to oczywiście podejście i to nie byle jakie. Jeżeli wydawało się wam, że na Krzyżnem kończy się zabawa w człapanie, to… nie, nadal się nie kończy. Powiem więcej, to podejście będzie się ciągnąć przez kilka kilometrów, więc skupcie się na napieraniu, nie ma co biadolić. Z początku raz na jakiś czas spójrzcie też za siebie, traficie na przemiły widok na Dolinę Białki.

11249019_395333107328149_7135080272723436886_n

I tu można by właściwie zakończyć cały opis, bo od Psiej Trawki wypadałoby biec, a najlepiej biec szybko. Tam nie traficie już na dobre wymówki, bo trasa staje się łatwa i daje perspektywę na nadgonienie ostatniego podejścia. Warto na koniec zaznaczyć, że jeszcze przed Psią Trawką i dwa lub trzy razy za nią traficie na rzeki, których woda smakuje wspaniale jak żadna inna i chłodzi jak zamrażarka. W przypadku upałów warto korzystać z ich dobrodziejstwa.

Podejście na Nosalową Przełęcz jest krótkie i łatwe, a potem tylko jeden fragment zbiegu będzie mocniej nachylony i do samych kas na Kuźnicach leci się na luźnych łydach. Dalej wypada się już uśmiechać, bo meta będzie na wyciągnięcie ręki!

BUGT rekonesans trasy 2.: Hala Ornak – Hala Gąsienicowa

11253600_394978710696922_1555390124513057953_n

Lecimy z drugą częścią rekonesansu trasy Biegu Ultra Granią Tatr. Zgodnie z przyjętym przeze mnie podziałem tym razem na tapetę wezmę fragment między punktami żywieniowymi: od Hali Ornak do Schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej. Etap najkrótszy i na papierze dosyć prosty, ale chyba nikt już się nie oszukuje – na tym biegu nawet proste fragmenty są krzywe, łatwe są trudne, a płaskie… sami wiecie. By nie przeciągać biadolenia, zaczynamy!

Nie mam pojęcia, co będzie serwowane na punktach żywieniowych, ale polecam jedno – uzupełnić bidony/bukłaki i możliwie dużą ilość jedzenia wziąć do ręki by od razu ruszyć dalej. Jeżeli wiązałoby się to ze śmieceniem na trasie, to niech was ręka boska broni, ale – patrząc perspektywicznie – najbliższe kilometry będą chodzone i nie ma co tracić czasu na punkcie. Początek zielonego szlaku Doliną Tomanową zaprasza do podbiegania i przy odrobinie sił możecie tam jeszcze chwilę docisnąć zanim przejdziecie do biesiadowania. Większość jednak zacznie od razu maszerować, a z czasem zacznie się robić coraz bardziej pod górę.

10996048_394978837363576_2606999765267670535_n

Szeroka ścieżka z czasem zmieni się w single tracka wśród traw, a potem nagły zakręt i… kilka kilometrów napierania. Do Chudej Przełączki dotrzemy lekkim trawersem, na którym trafimy na ciągnące się kamieniste schody, a rzadziej skrawki ziemistej ścieżki. Tam też czekają na nas pierwsze (i stanowczo nie ostatnie) fragmenty, gdzie można pożegnać się z życiem. Podejście Twardym Grzbietem na Ciemniaka (2096 m.n.p.n.) przypomina Starorobociański czy Wołowiec – smutno, ale znajomo. Polecam trzymać na tym fragmencie możliwie równe tempo, bo podejście nie jest trudne technicznie i trzeba po prostu zmusić się do napierania. Z pewnością pocieszą Was jednak widoki, które serwują nam Tatry już od początku podejścia.

11062540_394979020696891_876635488279204436_n

Znowu na grani…

Od Ciemniaka znowu hulamy po grani. Pierwsze trzy szczyty zobaczymy już na początek. W okolicach połowy drogi między Ciemniakiem a Krzesanicą trafimy na kolejny punkt łatwej śmierci, ale poza tym nie jest ciężko i w końcu można postarać się nadrobić trochę czasu. Droga na Małołączniak (2096 m.n.p.m.) i następującą Kopę Kondracką (2004 m.n.p.m.) nie powinna was zaskoczyć. Przypomina ścieżki, które przelecieliście już na pierwszym przelocie przez grań, choć wyraźnie mniejsze tu podbiegi i zbiegi. Przy odrobinie samozaparcia cały ten fragment można przebiec.

11402966_394979150696878_5052909932346601772_n

Za Kopą zaczyna się jednak zabawa. Zbieg z niej jest początkowo dość ostry, ale szybko zaczyna prowokować do rozluźnienia łydy, aż tu nagle… skały, ekspozycje, urwiska, jednym słowem: śmierć. W międzyczasie miniecie Goryczkową Czubę (1913 m.n.p.m.), która nie wybija się powyżej dwóch tysięcy metrów, ale zapewni wam aż nadto wrażeń. My dodatkowo trafiliśmy tam na sporą liczbę turystów i tego też należy się spodziewać (w końcu jesteśmy niedaleko Kasprowego). Część z nich miło ustępuje drogę, ale większość nosi się jak panisko na dworze. Przygotujcie ręce, bo na część skałek ciężko będzie wejść bez ich pomocy, no i uważajcie na nogi, bo kostucha ostrzy w kilkunastu miejscach kosę.

11667409_394978730696920_276673805444043749_n

W stronę kolejki…

Podejście pod Kasprowy to koniec technicznych wygibasów – wchodzimy kamienistą ścieżką i na siłę można tu podbiegać podobnie jak na Małołączniak. Turystów coraz tu więcej, ale i trasa na tyle szeroka by wszyscy się pomieścili. Warto wziąć pod uwagę, że mijając Kasprowy, mijacie sklep – co prawda pół litra koli wyniesie was 8 zł, a woda chyba 5, ale przy 350 zł za start to nawet nie drobne. To szansa na złapanie dodatkowego punktu odżywczego, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że na Gąsienicowej będziecie za kilkanaście minut.

11700842_394979200696873_5872655560234301198_n

Zbiegamy żółtym szlakiem, a to oznacza kolejną porcję kamienistych schodów i slalom między turystami. Pocieszający może być fakt, że ten odcinek jest dość łagodnie nachylony i można tam solidnie docisnąć, jeżeli jeszcze mamy siły. Bardziej płaski fragment przed samym schroniskiem to już istny tor wyścigowy.

11659410_394979214030205_5841363360250778867_n

Podsumowując, na tym etapie czekają na was piękne widoki. Zgodnie z przyjętą konwencją nie zamierzam silić się na poezję, ale jest naprawdę pięknie. Poza tym, tu możecie liczyć na dużą liczbę turystów (uczulam na Kopę, Kasprowy i zejście do Murowańca) i widmo śmierci między Kopą a Kasprowym. Nie da się jednak ukryć, że jest to etap łatwiejszy niż ten do Ornaku – podejścia, poza Ciemniakiem, są znacznie lżejsze, a zbiegi zachęcają do łamania kostek.

BUGT rekonesans trasy: Siwa Polana – Hala Ornak

Bieg-Ultra-Grania-Tatr-2013.-Fot.-Piotr-Dymus-09

Trasę Biegu Ultra Granią Tatr podzieliliśmy na trzy etapy. Pierwszy z nich prowadzi od startu na Siwej Polanie do schroniska na Hali Ornak, na której zawodnicy trafią na jeden z dwóch punktów odżywczych. Etap ten zamyka się w niecałych trzydziestu kilometrach, podczas których czeka nas kilka mocnych podejść, techniczne zbiegi, ale i parę fragmentów, gdzie będzie można odrobinę odetchnąć lub zagrać o lepszą pozycję. W paru słowach postaram się opisać trudności, które możecie napotkać, a z czasem dorzucę do tego relację wideo, która da lepszy obraz całości.

Od razu zaznaczam, że nie będzie to literacka wyprawa po trasie – na to jeszcze przyjdzie czas – ale informacje podane na sucho. Jeżeli liczyliście na Homera, to niestety czeka Was Tukidydes…

1

Na początek kilka podstawowych informacji. Na Hali Ornak obowiązuje limit czasowy 6:30 od startu, czyli należy się tam pojawić najpóźniej o 10:30. Wobec naszego dzisiejszego przebiegu wydawać się może, że czasu jest ogromna ilość, ale my nie mieliśmy przed sobą osiemdziesięciu kilometrów. W przypadku bardzo wysokiej temperatury i czystego nieba musimy się liczyć z perspektywą oparzenia skóry lub mocnego odwodnienia, jeżeli nie weźmiemy ze sobą solidnego zapasu wody. Mi starczył litrowy bukłak, ale i pogoda trafiła nam się bardzo łagodna (na wysokości 2000 m.n.p.m. było ok. 3-4 stopni Celsjusza). Od wejścia na Grzesia (1653 m.n.p.m.) nie ochronią nas już żadne drzewa aż do 2-3 kilometrów od Hali, gdzie zbiegamy w las.

2

Start na Siwej Polanie ma swoje wady i zalety. Z jednej strony czekający nas kilkukilometrowy bieg najpierw po asfalcie, a z czasem po ubitej ścieżce to doskonała okazja by ustawić się na swoim miejscu w szeregu. Wyobrażam sobie jednak także, że wielu zawodników poleci tam w pałę i później będzie tego żałować. Uczulam – będzie gdzie się wykazać, Dolinę Chochołowską poświęćcie na lekką rozgrzewkę i nucenie ulubionej piosenki.

4

Do podejścia żółtym szlakiem na Grzesia nie czekają nas żadne niespodzianki. Potem jednak wyrasta przed nami dość solidne podejście i pewnie niewielu będzie ten fragment biegło. Na szczęście nachylenie na tym etapie nie powala na kolana, więc warto tam napierać (szczególnie gdy macie kije) zamiast się obijać. Po opadach może tam być ślisko, więc śledźcie prognozy.

11011461_394618594066267_3700800188877909545_n

Zaczyna się zabawa…

BUGT zacznie się na serio dopiero za tym niewielkim szczytem. Podejście na Rakoń (1876 m.n.p.m.) da wam przedsmak czekającej zabawy, a człapanie pod Wołowiec (2064 m.n.p.m.) tylko ten efekt utwierdzi. Na pocieszenie dostaniecie pierwsze widoki, jeżeli tylko pogoda Was nie oszuka. Tu na szczęście nadal tańczymy na niewielkich kamieniach i luźnym żwirze.

11742701_394618747399585_4250845847396211528_n

Emocje przyniesie dopiero zbieg z Wołowca, gdzie pojawi się dużo więcej kamieni i skał różnych gabarytów. Szczerze powiedziawszy nie zarejestrowałem szczytu Łopaty (1958 m.n.p.m.), więc nie będę wróżył z fusów i opowiadał dziwów. Do Podejścia na Jarząbczy Wierch (2137 m.n.p.m.) trafimy na kilka fragmentów, gdzie lepiej będzie odrobinę zwolnić (jeżeli w ogóle będziecie tam cisnąć, co niespecjalnie polecam). Ale właśnie… podeście na Jarząbczy, tu zaczyna się seria skandali, którą wieńczy Starorobociański Wierch (2176 m.n.p.m.).

5

Każde z tych podejść (z Kończystym Wierchem na 2003 m.n.p.m.) wyrasta przed nami niczym budynek i zmusza do smutnego napierania. Przy tym zbiegi zaczną proponować coraz więcej trudności – czasami ciśniemy bardzo wąską ścieżynką niedaleko przepaści, innym razem pomagamy sobie rękami by przebić się przez skałki. Mocniejsze zbieganie tymi miejscami wymaga maksymalnego skupienia, odwagi i w miarę lekkich nóg by trochę poskakać i wykazać się umiejętnościami baletowymi. Ciężko wymienić mi po kolei czyhające trudności (kto to zresztą spamiętał…), ale uważajcie tam, bo dzieje się aż za wiele.

11403396_394619284066198_7899040124009766355_n

I zbiegamy…

Za Starobociańskim czeka nas upragniony długi zbieg. Najpierw przypomina on bardziej zejście, bo trzeba pokonać skalne trudności, ale dalej po kamieniach lecimy już z luźną łydą. Polecam na początku uważać też na luźne kamienie i żwir, które potrafią szurnąć nas o metr. Przez Siwą Przełęcz i Ornak do Iwanickiej Przełęczy zbiegamy bardzo intensywnie – na kamieniach przypominających te Karkonoskie i ze sporą różnicą poziomu. Momentami szlak przypomina schody, a nie ścieżkę i przy braku rozwagi możemy solidnie zbić tu uda. My mogliśmy pozwolić tu sobie na więcej, ale startującym polecam zbierać siły, bo zaraz za Halą czeka na Was kolejne mocne podejście.

11665357_394619327399527_2453337388539864373_n

Jak wspominałem, końcówkę lecimy chwilowo lasem. Przy wysokiej temperaturze nie da to dużej ulgi, ale przynajmniej osłoni od mocnego słońca na parę chwil. Im bardziej w las tym więcej jednak korzeni, które uzupełniają luki pomiędzy kamieniami. Na trasie warto mieć ze sobą przynajmniej lekką wiatrówkę, bo różnica temperatur na kolejnych fragmentach jest spora, po solidnym zbiegu nawet przy niskiej temperaturze zrobi nam się gorąco.

11215523_394619374066189_4794278884164398527_n

Podsumowując, wbrew temu, co może sugerować profil trasy, który znajdziecie w internecie, musicie się przygotować na spore podejścia na tym etapie. Jarzębczy czy Starobociański na pewno wybiją Was z rytmu i mogą wyssać sporo sił. Ponadto, w paru momentach na grani łatwo zakończyć żywot w górach, czego nie polecam nikomu (bo wrogom życzę gorszej śmierci). Widok wąskich ścieżek i skałek powinien w naszej głowie zapalić czerwone światło. Nie trzeba chyba wspominać, że na tym etapie biegu powinno nam zależeć na zachowaniu sił – zaraz za Halą znowu wylądujecie na podejściu pod grań, a potem czeka Was jeszcze Krzyżne.

Napisałbym, że nie zazdroszczę, ale kto mi uwierzy…

Maraton Gór Stołowych 2015 – relacja

mgs-rect-wrapp

Życie najgłośniej śmieje się z tych pewnych siebie. Tak przynajmniej było w tym przypadku, bo przed startem w Maratonie Gór Stołowych czułem się świetnie i wszystko wskazywało na to, że mogę liczyć na dobry wynik. Treningi przebiegały spokojnie, przeszły mi problemy z żołądkiem, a pogoda od kilku dni dawała przedsmak tego, co czekało nas na trasie, więc wiedziałem czego się spodziewać. To wszystko traci jednak znaczenie, gdy podczas biegu organizm po prostu wyhamowuje i nic nie da się na ten stan poradzić. Wszystkie plany idą na bok i zaczyna się walka o dotarcie do mety…

Do Karłowa przyjechałem w sobotni poranek. Przesunięcie godziny rozpoczęcia zawodów było dla mnie doskonałą okazją by wyspać się w domu i wciągnąć rano porządne śniadanie zamiast turlać się przez noc po aucie i pobiec na batonach. Oczywiście, że oznaczało to także bieg bez nadziei na poranne, chłodniejsze powietrze. Jeżeli ktoś jeszcze spodziewał się, że pogoda będzie znośna, to minuta na słońcu skutecznie weryfikowała znane powiedzenie o tym, czyją matką Nadzieja jest. Zanim dotarłem na start byłem już solidnie spocony, ale nadal przekonany, że pogoda nie powstrzyma mnie przed mocnym biegiem.

IMG_9861

Dziesięć, dziewięć i tak dalej, i skończyło się „co będzie” – trzeba skupić się na biegu, złapać zawodników na podobnym poziomie i napierać. Krótkie przepychanki na asfalcie i pierwszych dwóch kilometrach dawały szansę na ustawienie się w przedniej części stawki, a potem zaczął się lot zgodny z profilem trasy: trochę w górę, potem lekko w dół i tak w kółko. Na każdym punkcie miałem się meldować najpóźniej co godzinę, choć doskonale wiedziałem, że na pierwszym odcinku trzeba parę minut nadrobić, bo lubię tracić czas właśnie na punktach żywieniowych.

Pierwszy punkt w 49:32 przyszedł z łatwością. Z takim zapasem czasu nie musiałem się już martwić o dłuższe postoje przy arbuzach czy męczące podejścia. Jeszcze przed drugim punktem usłyszałem, że jestem na 16 pozycji, a dobre samopoczucie sprawiało, że tylko podniosłem się na duchu i leciałem swoje… ale nie na długo.

IMG_0180

18 km, drugi punkt i pierwsze oznaki zbliżającego się zjazdu. Wciąż trzymałem się planu, wlałem w siebie parę kubków wody i izotnika, co organizm nagrodził lekkim bólem głowy. Ból przychodził i po chwili przechodził, więc zabawa w ciuciubabkę z własnym łbem jeszcze nie wybiła mnie z rytmu. Kolejne kilometry jednak mijały i zaczęło się robić niepokojąco – to, że nie miałem siły podbiegać i zacząłem maszerować pod górę jeszcze wydawało się normalne w takich warunkach, ale dlaczego wówczas mijało mnie tylu zawodników? To ja nie umiem chodzić? Zazwyczaj łapałem część z nich na zbiegach, które wciąż wychodziły bardzo dobrze, ale podejście do Pasterki okazało się już prawdziwą mordęgą.

mgs14_profil

Dotarłem tam z nietęgą miną i od razu skorzystałem z pomocy Michała Złotowskiego, który zlał mnie chłodną wodą z wielkiej balii. Potem wylałem na siebie jeszcze dwa wiadra, co przyniosło lekkie ukojenie. Wypiłem sporo, podjadłem i ruszyłem dalej. Ruszyłem to dobre określenie, bo od tej pory coraz rzadziej można w moim przypadku mówić o bieganiu. „Pętlę Piotrka” znałem z wcześniejszych treningów, więc na zbiegu jeszcze udało mi się zachować klasę, ale podejście to był cios ostateczny – po 500-600 metrach podejścia poczułem się słabo, moje reakcje były mocno opóźnione i było już po biegu. Siadłem na skale i przez parę minut próbowałem dość do siebie. Do mety czekało mnie jeszcze kilka takich “posiadówek”.

IMG_0003

Wymowny jest wykres tętna, który od tego momentu leci w dół aż do schodów na Szczeliniec. Równie wymowna była próba oddania moczu, która skończyła się na kilkunastu kroplach w kolorze drzewiasto-ziemistym. Miałem ze sobą cały czas 1,5 litra płynu i piłem na każdym punkcie, a i tak mocno się odwodniłem. Od dłuższego czasu z biegacza zmieniłem się w pożywkę dla much i innych owadów. Ich czułe zaloty sprawiły, że dzisiaj wyglądam jakbym miał ospę.

Na metę dotarłem po siedmiu godzinach i paru minutach. Nie ma sensu ciągnąć opowieści o tym jak ciągnąłem nogę za nogą niczym orszak pogrzebowy. Mógłbym w tym momencie napisać, jak daleko byłem wobec tego od osiągnięcia planu, ale chyba brak mi porządnej metafory. Sześć do ponad siedmiu godzin na takim dystansie dzieli po prostu przepaść, nie szczelinka.

11709223_393188000875993_4141591065807166477_n

Nie chciałbym jednak by ta relacja zmieniła się w moje wycie do księżyca nad słabym wynikiem. Maratonowi Gór Stołowych trzeba oddać, że trasa jest naprawdę świetna. Technicznie wymagająca, ale pozwalająca także wyciągnąć kopyta na kilku odcinkach. Z widokami jest różnie – kto był kiedyś w Górach Stołowych ten wie, że nie można się tam spodziewać wypiętrzonych szczytów i wielu punktów z ciągnącymi się panoramami, ale potężne skały i urokliwe lasy nadrabiają te braki z nadwyżką.

11659368_393188030875990_8969455922118572911_n

Punkty żywieniowe były bardzo dobrze zorganizowane, a wolontariusze pomocni, za co należą się im wielkie podziękowania. Nie można także pominąć roli osób wskazujących na trasie kierunek – nie dość, że dobrze wykonywali swoją robotę, to jeszcze wspierali takie trupy jak ja do dalszej walki. Idąc dalej – prysznice na Szczelińcu to znacznie więcej niż się spodziewałem, do tego smaczny makaron w Pasterce tworzą obraz doskonale zorganizowanych zawodów. Dzięki wielkie i widzimy się za rok – mam rachunki do wyrównania!

Bieg Rzeźnika 2015 – relacja

1908092_383835768477883_1088208853713369455_n

Bieg Rzeźnika – wydawałoby się, że to hasło powinno powodować mocniejsze bicie serca u polskich biegaczy (szczególnie tych latających po górach), a jednak nigdy nie ciągnęło mnie do tego by wystartować w Bieszczadach. Złożyło się na to przynajmniej kilka czynników: znacznie bliżej, choćby w samych Karkonoszach, mam jeszcze sporo imprez, które chętnie bym zaliczył, więc nie chciałem pchać się na drugi koniec Polski; nie przekonuje mnie formuła Rzeźnika, a konkretnie bieg parami; ostatecznie nie chciałem brać udziału w losowaniu i przerażała mnie cena (sam bieg, dojazd z Wrocławia i ewentualny nocleg). To wszystko nie miało jednak znaczenia, gdy na dwa dni przed startem dowiedziałem się, że mam możliwość startu i wyeliminowania przynajmniej jednego z wymienionych problemów…

Wszystko odbyło się z klasyczną dla mnie spontanicznością. Znajomy umieścił na Facebooku informację, że ktoś szuka pary do startu, bo jego partner nie może pobiec. Dodatkowo dodał, że ewentualny kandydat musi być gotowy skończyć bieg w 10 godzin. Z ciekawości zapytałem o koszty takiej zabawy i czy 10 godzin w przypadku Rzeźnika to dobry czas. Potem czasoprzestrzeń zagięła się, a ja – zamiast myśleć racjonalnie – przez Marcina Świerca dostałem kontakt do zawodnika w potrzebie i zgłosiłem się jako chętny. Na pierwszy rzut oka ranga głupoty tej decyzji przypomina tę o starcie w Ultra Chojniku, który odbywał się dość niedawno i to całkowicie prawidłowe skojarzenie. Jak widać nie zmądrzałem ani joty.

Znajomi przekonywali mnie, że 10 godzin jest w moim zasięgu, ale do samego startu bałem się zostać kulą u nogi lepszego partnera. To właśnie dlatego nie przekonuje mnie formuła startu w parach. Nie trenuję regularnie ani zgodnie z planem, więc ciężko byłoby mi z kimkolwiek ustawiać się regularnie na treningi. Ostatecznie wystartowałem z kimś, kogo poznałem dopiero przed biurem zawodów, co całkowicie już przeczy rozsądkowi. Na całe szczęście nie musiałem za start płacić pełnej opłaty, gdyż biegacz, który zrezygnował z biegu pozwolił mi oddać mu jedynie część opłaty startowej. By jednak oszczędności stało się zadość, postawiłem na klasyczny nocleg w samochodzie, który powoli wchodzi mi już w krew.

11391330_384116878449772_7701352535806154088_n

Górski bieg masowy – pierwsze zdziwienie

Jazda z Wrocławia była katorgą. Dzień wcześniej spędziłem ładnych parę godzin w aucie pokonując trasę Wrocław-Kraków i z powrotem, a w piątek czekało na mnie ponad 520 kilometrów zabawy. Od kawy do kawy znalazłem się jednak na miejscu, gdzie czekało na mnie pierwsze zdziwienie – Bieg Rzeźnika nie ma wiele wspólnego z imprezami górskimi, które znałem do tej pory. Z czasem dowiedziałem się, że na starcie ma się zameldować około 700 par i wówczas tłumy przestały mnie dziwić, ale warto zaznaczyć, że atmosfera przed startem w Cisnej przypomina tę, którą znamy z miejskich maratonów. To nie lokalna imprezka dla harpaganów.

W biurze poznałem Szymona, któremu miałem towarzyszyć na trasie, a po wystaniu swojego w kolejce udało nam się przepisać mnie na listę zawodników. Krótka wymiana dotychczasowych doświadczeń biegowych i byliśmy spokojni, że nad ranem możemy atakować wspomniane 10 godzin. Jeszcze tylko przepaki i można było zwijać się do Leska, gdzie Szymon z dziewczyną zaklepali nocleg. Na miejscu okazało się, że obok znajduje się pole namiotowe, przy którym zaparkowałem i niczym hrabia na włościach wyłożyłem się na tylnych fotelach. Już na autostradzie zdałem sobie sprawę, że zapomniałem śpiwora, więc wiatrówka najka zyskała nową rolę.

Na starcie – pierwsze potknięcie

Organizator zapowiedział, że przed startem zawodnicy zostaną uszeregowani według szacowanego czasu zakończenia zabawy. Nie liczyłem na to, że na miejscu staną odgrodzone strefy startowe, ale ostatecznie nie doszło nawet do najbardziej prowizorycznych podziałów. Na chwilę przed startem wszyscy zostali zebrani w kupie przed bramką i jeżeli zawodnicy lecący pod limit sami nie uznali, że dobrze się przynajmniej odrobinę wycofać, to właściwie mogli wystartować z pierwszej linii. Nie jest to w przypadku tak długiego biegu wielkie uchybienie, bo zmęczenie i tak ustawi ludzi na swoim miejscu, ale pierwsze kilometry przebiegły wszystkim na lawirowaniu między zagubionymi zawodnikami, którzy nawoływali swoich partnerów.

Ostatecznie jednak przez pierwszą godzinę nie było jeszcze co oglądać, więc skupiliśmy się na zegarkach i trzymaniu założonego tempa. Zabawę umiliły jeziorka duszatyńskie i przeskakiwane strumienie. W tym roku organizator nie zdecydował się postawić punktu odżywiania na Przełęczy Żebrak, więc pierwszy „checkpoint” czekał nas dopiero po 30 kilometrach w Cisnej. To dobra decyzja, bo na tym odcinku nie ma ciężkich fragmentów, a od startu wszyscy byli jeszcze zaopatrzeni w żele i napoje.

IMG_6944

Rzeźnik zaczyna się od Cisnej” – drugie zdziwienie

Powyższe zdanie słyszałem kilkanaście razy, więc psychicznie szykowałem się na ostrą walkę od 30 kilometra. Przedsmakiem miał być zbieg przed samym miasteczkiem, ale ten – mimo sporego nachylenia – był suchy i bardzo prosty do pokonania, więc na zabawę przyszło mi jeszcze trochę poczekać.

Na przepaku spędziliśmy sporo czasu. Do Cisnej biegło się jeszcze bardzo tłumnie i na przepak wpadała tak duża liczba zawodników, że wolontariusze mieli kłopot z szybką obsługą. Gdy już dorwałem się do worka przyszła pora na batony, kinder czekoladę i butelkę sprite’a. Odżywiony, zadowolony i zaopatrzony w kije ruszyłem z Szymkiem dalej, a na dzień dobry dostaliśmy sporą ścianę do podejścia. To był doskonały moment by strawa ułożyła się w żołądku, a tempo nadal trzymaliśmy w zakładanych widełkach.

1907548_385423841652409_6298969942854081181_n

Już wiem, po co tu przyjechałem!

Od Małego Jasła zaczęła się prawdziwa magia – słońce operowało dość mocno, zapewniając doskonałą widoczność, a po wgramoleniu się na pierwszy szczyt trafiliśmy na jedne z piękniejszych widoków jakie miałem okazję oglądać w swoim życiu. Szersze ścieżki zostały niemal całkowicie zastąpione przez urokliwe single tracki i aż ciężko było opanować zachwyt.

Na tym odcinku okazało się jednak, że nasze 10 godzin może odpłynąć w niebyt za sprawą odnawiającej się kontuzji Szymona. Już przed startem dowiedziałem się, że miał kłopoty z mięśniami skośnymi brzucha, które zdobiły liczne tejpy, a z czasem dały o sobie znać także achillesy. To oznaczało kłopoty na zbiegach, gdzie potrzebny jest mocny „core” i podbiegach, gdzie właśnie achillesy przejmują dużą część wspinaczkowej pracy. Wpłynęło to na nasze tempo w drodze do Smerku, w tym na tzw. „drodze Mirka”, która idealnie nadawała się do tego by – zgodnie z założeniami – nadrobić czas z podejścia pod Jasło. Nic jednak z tego…

11402930_384277671767026_4053773796735400749_n

Ziemniaki na wagę złota i kolejny szpaler kibiców

Zarówno w Cisnej, jak i w Smerku witały nas tłumy kibiców. Ich okrzyki pozwalały złapać wiatr w żagle i przypominały, że jesteśmy tu by dać z siebie wszystko. Ciśnięcie do drugiego przepaku motywowały także zapowiadane posiłki – dość batonów, pora na prawdziwe żarcie! Na widok pieczonych ziemniaków ucieszyłem się jak dziecko w sklepie z zabawkami i po wtłoczeniu w siebie trzech kubków koli zacząłem utylizację pyr. Tym razem chcieliśmy jednak stracić jak najmniej czasu, licząc jeszcze na to, że kontuzja Szymka mimo wszystko nie zaważy aż tak bardzo na wyniku. Dyszkę zamieniliśmy na 11 godzin, z nadzieją na to, że jednak uda się zejść niżej. Poprzednia wersja przepowiedni także się zmieniła i tym razem słuchałem, że „Rzeźnik zaczyna się od Smerku”, więc i na to trzeba było się przygotować.

Nic specjalnie trudnego nie rysowało się jednak na horyzoncie, lecz kolejne kilometry rozwiały nasze nadzieje na mocny wynik – to nie trasa nas pokona, ale kontuzja. Na każdym podejściu traciliśmy coraz więcej czasu, a ja zyskiwałem go coraz więcej na oglądanie widoków. Kontuzja Szymona sprawiała, że na zbiegach nie nadrabialiśmy nawet częściowo tych strat i powoli uciekało nam nawet 11 godzin…

Podejście na Połoninę – kres marzeń i walka do mety

Na ostatnim etapie wiedzieliśmy już, że jedyne o co już walczymy to medal na mecie. W Berehach wlaliśmy w siebie po kilka kubków, bo temperatura dawała się już mocno we znaki i rozpoczęliśmy podejście pod Połoninę Caryńską. Podobno to tam powinien nadejść kres wyczerpania, choć tempo od jakiegoś czasu pozwalało mi na bardzo luźny bieg z wieloma odpoczynkami. To oczywiście oznaczało dużo czasu na obserwowanie cudownych Bieszczad, które od Smerku odkrywały swoje nowe oblicze – było już mniej dziko, widoki stawały się bardziej epickie i rozległe. Nie wiedząc, czy będę miał okazję jeszcze się tam zapuścić, starałem się zarejestrować ślepiami (w kontekście mojego wzroku to trafne sformułowanie) wszystkie górki i pagórki na horyzoncie. Była też okazja do pogawędek z turystami, którzy zachęcali mnie do ponownej wizyty w regionie.

Zbieg z Połoniny był technicznie najbardziej wymagający z wszystkich dotychczasowych. Niezbyt mocno nachylony, ale uzbrojony w liczne skały – momentami przypominał hasanki, które doskonale znają karkonoscy biegacze. Ostatnie kilometry to już leśna ścieżka, fragmentami wzbogacona spadzistymi schodami, na których łatwo było podjąć wyzwanie i fikołkami wskoczyć prosto do ambulansu. My jednak lecieliśmy na spokoju, bo od paru kilometrów do brzucha i achillesów Szymona dołączyły czwórki ud. Jak kontuzje, to po całości!

Ostatecznie wśród wiwatujących widzów dotarliśmy do Ustrzyk. Na zegarku 11:52 h, więc lata świetlne od zakładanego wyniku. Czekało tam na nas piwo, którego jako kierowca nie mogłem spróbować więcej niż łyk i legendarny strumień, w którym zaliczyłem szybką kąpiel.

Jak oceniam całą zabawę?

Wniosków mam kilka:

  1. Sprawdziły się moje obawy odnośnie formuły biegu. Na szczęście to nie mi zdarzyła się kontuzja, ale przecież i tak mogło być.

  2. Bieg Rzeźnika nie jest tak trudny, jak opisuje się to w internecie. Rozumiem budowanie wokół tej imprezy odpowiedniej legendy, ale jeżeli dla kogoś te 77 km po Bieszczadach stanowiło niesamowite wyzwanie, to znaczy, że był po prostu słabo przygotowany (nie ujmując nic finiszerom). Jest oczywiście pozytywna strona tego wniosku – to idealna impreza dla debiutantów.

  3. Bieszczady są piękne i warto tam wpaść przy każdej nadarzającej się okazji!

  4. Poza kilkoma potknięciami to bardzo dobrze zorganizowana impreza. Zdziwił mnie brak posiłku w Cisnej (już po biegu), bo był on zapowiadany, ale o takich sprawach szybko się zapomina. Jeżeli nie przeszkadza Wam, że podczas całych zawodów będziecie otoczeni innymi biegaczami (to mimo wszystko bieg masowy), to śmiało wybierzcie Rzeźnika.

  5. Ziemniaki to najlepszy posiłek dla ultrasa, a cola wygrywa z każdym izotonikiem.

  6. Po wszystkim mam oczywiście niedosyt, bo czułem się na znacznie lepszy bieg, ale to także nauczka dla planujących start – zawsze musicie pamiętać, że wystarczy mały upadek, zbieg okoliczności czy stara kontuzja by wynik waszej dwójki odbiegł od założeń.

  7. Najlżejsza koszulka termo od Crafta to świetne rozwiązanie na upały – chroni całe ramiona przed oparzeniem, a jednocześnie jest bardzo przewiewna.

  8. Brooksy Cascadie 9 sprawdzają się w każdych warunkach.

Ultra Chojnik 2015 – relacja

DSCN1553

Są takie imprezy, przed którymi czujemy szacunek. Ich legendarna historia, warunki i miejsca, w których są rozgrywane bądź poziom trudności sprawiają, że na samą myśl o nich przenosimy się do innego świata – zastanawiamy się „jakby to było?”. Ultra Chojnik wydawał się nie spełniać dwóch pierwszych spośród wymienionych warunków, bo gdzież legenda, gdy zawody rozgrywa się po raz pierwszy? W dodatku w górach, które spośród polskich masywów znam (wydawałoby się) najlepiej. Z perspektywy czasu mogę jedynie powiedzieć: jakie to szczęście, że tylko mi się wydawało…

Profil trasy jak grzebień

Wróćmy na chwilę do trzeciej z wymienionych cech, czyli poziomu trudności. Nie wspomniałem o nim we wstępie, bo od początku było dla mnie oczywiste, że z tym podpunktem Ultra Chojnik poradzi sobie znakomicie. Długo czekałem na ogłoszenie proponowanej trasy – co przetykała niepewność, czy zawody w ogóle zostaną zorganizowane – a gdy już pierwsze informacje pojawiły się na oficjalnej stronie, to oniemiałem. Gdzie był Bóg, gdy to wszystko ustalano? „Niezły grzebień”, którym w komentarzach określono profil trasy nawet nie wyglądał na metaforę. Gdyby z kartki wyciąć wydruk profilu, mógłbym swobodnie czesać nim brodę!

Z jednej strony mnie to uspokoiło – w końcu nie jestem jeszcze tak głupi, żeby rzucać się na taką imprezę. Z drugiej czułem pewien niedosyt – długo czekałem na ogłoszenie Ultra, a niespecjalnie chciałem startować w klasycznym maratonie. Wobec tego szukałem innych imprez, które mogłyby zrekompensować mi Ultra Chojnik.

unnamed

Los tak chciał…

Próby streszczenia mojej drogi od stwierdzenia o „głupku” do opłacenia startu w tej imprezie byłyby z pewnością zbyt długie, zawiłe i… właściwie sam ich nie ogarniam. Podpytywanie przez znajomych, własna ambicja i nierozpoznane inne czynniki (nie wykluczam wpływu mocy pozaziemskich) sprawiły, że niewiele ponad tydzień przed imprezą jednak wyciągnąłem wirtualne dukaty z konta i przesypałem na rzecz przyszłego cierpienia. Od tego momentu naprawdę zacząłem się stresować.

Nie pamiętam jeszcze by któreś z dotychczasowych zawodów wywoływały we mnie tyle obaw. Przed pierwszą setką nie wiedziałem, co mnie czeka, więc było luźniej. Przed drugą niosła mnie chęć rewanżu za porażkę z pierwszej. Tym razem jednak doskonale wiedziałem, że będzie cholernie ciężko, a ja w dodatku jadę na ten bieg właściwie z marszu – po mocno przebieganym początku roku i dwóch solidnych wiosennych startach. Bez sensownego odpoczynku i naładowania baterii psychicznych i fizycznych.

Dość ględzenia – do rzeczy

Stres przed wyjazdem spowodował u mnie klasyczną reakcję organizmu – biegunkę. Mimo ostrożności i unikania eksperymentów dzień przed wyjazdem i tak nie schodziłem ze smyczy, którą pewną rękę trzymała toaleta, a żołądek na widok stoperanu jedynie zabulgotał ze śmiechu. Niestety sytuacja nie poprawiła się rankiem i w ciągu dnia, więc w drodze do Sobieszowa zatrzymywałem się nie tylko na kawę. Odbiór pakietów na szczęście poszedł sprawnie, a odprawa okazała się mało obfita w informacje, więc można było trochę pożartować z towarzyszami przyszłej niedoli. Wobec strategii cięcia kosztów po ostatnim posiłku ległem w aucie, gdzie czekały na mnie dwa śpiwory i niemal królewskie warunki. Nocleg 100 metrów od linii startu przewidzianego na 2:00 w nocy to istny rarytas!

Spokojnie i do przodu

Rano udało mi się wcisnąć suche płatki musli – zazwyczaj doskonale mi się po nich biega i liczyłem, że przekonam nimi jelita do współpracy. Jednak mimo pobudki ledwie pół godziny przed startem udało mi się w toalecie wylądować dwukrotnie. Jedyną nadzieją, która mi pozostała, to ufać w poprawę sytuacji już na trasie.

Po włączeniu GPSów, w które wyposażył nas organizator, ruszyliśmy spokojnie przed siebie. Już na pierwszych kilometrach miał na nas czekać podbieg Petrovką, który w normalnych warunkach można atakować po całości, ale z perspektywą jeszcze 95 kilometrów do zrobienia, trzeba się pilnować. Niedługo zresztą trwało aż grupa na przedzie musiała zapłacić frycowe za zgubienie trasy. Skrzyżowanie, które prowadziło na grzbiet bądź prosto do Zamku Chojnik nie zaoferowało nam wyraźnego drogowskazu i polecieliśmy w tym drugim kierunku. Wówczas los się do mnie uśmiechnął, bo udałem się w krzaki w jasnym (choć ciemnym) celu, a po jakimś czasie zobaczyłem, że cała grupa się wraca, widząc, że coś było nie tak. Żołądek chciał być miły i oszczędził mi jakiś 500-600 metrów biegu.

10984222_800249496740134_8045644403249826517_n

Oznaczenie trasy i nieszczęsny zielony szlak

Później z oznaczeniem było już znacznie lepiej – w każdym wątpliwym punkcie czekał na nas wolontariusz, który wyraźnie wskazywał, w którym kierunku kontynuować. Szczególne słowa pochwały należą się jednak dżentelmenowi na pierwszym (a zarazem drugim) punkcie żywieniowym, który nie dość, że był rozmowny, to jeszcze orientował się, na której pozycji jest dany zawodnik i motywował do solidnego grzania. Na to jednak było za wcześnie, choć liczyłem po cichu, że od Odrodzenia do Karpacza (49 km) czeka nas w miarę przyjemny zbieg, na którym w końcu wyluzujemy łydki.

Jakież było moje zdziwienie, gdy zaraz za schroniskiem odbiliśmy na zielony szlak, który wyglądał jak efekt gry w Tetris po pijaku – rosnąca liczba porozrzucanych „klocków” w postaci większych i mniejszych kamieni oraz korzeni i gałęzi wyraźnie korelowała z liczbą ostrych słów pod adresem całego świata. Miało być szybciej, a wyszedł trening skipów i przeskoków. Gdyby nie widoki na kotły, które mieliśmy okazję zobaczyć zbliżając się do Samotni, to wolałbym wyprzeć ten odcinek z pamięci. Pora jednak na kolejne podziękowania – dżentelmen na rozdrożu czerwonego i zielonego szlaku (wracamy za Odrodzenie) poratował mnie zawiniątkiem z papieru toaletowego czym oszczędził mi mandatu za zrywanie liści w Parku Narodowym. Bóg zapłać!

Punkty żywieniowe i Łomniczka

Wydaje mi się, że jednym z powodów moich trwających kłopotów żołądkowych był brak solidnego, polskiego, tłustego posiłku z prawdziwego zdarzenia. Co prawda zadowoliłbym się nawet kanapkami czy zupą, ale na tą drugą jeszcze długo przyszło nam poczekać. Podczas samego biegu punkty żywieniowe określiłem jako „somalijskie”, choć nie jestem pewien czy wschodnia Afryka obfituje w arbuzy i banany. Niemniej, to one stanowiły fundament naszej sobotniej diety, przez co stoperan nie mógł normalnie zadziałać. Czekolada i ciastka z własnych przepaków na niewiele się zdały. Pierwszą naganę należy jednak przyznać za brak ciepłej herbaty, która czekać na nas miała w Karpaczu i której perspektywa grzała serca zawodników mocniej niż koszulki termo. Panie na punkcie były jednak zdziwione naszą prośbą o ów trunek i tym samym obeszliśmy się smakiem. Słyszałem jednak, że później udało się gorący napar zorganizować.

Od dawna miałem zamiar podejść pod Dom Śląski od Łomniczki, ale zimą nie dało się tej próby zrealizować. Ultra Chojnik nie mógł jednak ominąć tego widowiskowego odcinka, czego dość szybko zacząłem żałować. Pomijając fakt, że jest to fragment kompletnie nienadający się nawet do truchtania, to samo podejście po ponad 50 kilometrach dawało mocno w kość. Jak się szybko okazało, zbieg do Boudy pod Śnieżką był niewiele lepszy, choć czeska strona pozytywnie zaskoczyła nas liczbą turystów. Były ich dziesiątki, a część żywo reagowała na widok turlających się ze zbocza ponumerowanych trupów z zabawnymi plecakami.

DSCN1556

Od Spindlerowego do Lucnej Boudy

Ten fragment trasy zapamiętał z pewnością każdy zawodnik. Ja wówczas odłączyłem się od grupy, z którą biegłem od kilkunastu kilometrów, bo żołądek przygotował dla mnie jeszcze kilka punktów na złapanie oddechu i sprawdzenie jakości mchu w zaroślach. Pewnie przeliczę się odnośnie potencjalnych odbiorców tego tekstu, ale pozdrawiam niemiecką rodzinę, która wyraźnie rozbawiona zauważyła między drzewami spoconego gołodupca. Mam nadzieję, że nie byli świeżo po jedzeniu.

Do Spindlerowego toczyłem się spokojnym truchtem przeplatanym lekkimi podejściami i aż prosiło się by w okolicach zlokalizować niewielki punkt z samą wodą, bo w dolinach robiło się naprawdę gorąco. Wysuszony na wiór szczęśliwie trafiłem na ekipę, która filmowała nasze zmagania i po krótkim opisie moich przygód z brzuchem poprosiłem ich o wodę. Po paru łapczywych łykach ruszyłem pod górę, mając przed oczami zupę w Lucnej Boudzie.

Podejście było skandaliczne i zbiegło się ze szczytem mojego osłabienia. Od czasu, gdy w aucie zjadłem normalny posiłek minęło już mnóstwo czasu i ledwo miałem siłę ruszać nogami. Tempo miałem niewiele większe niż mijane turystki na emeryturze i właściwie byłem już pewien, że na 70 km kończę swoją zabawę w Ultra Chojnik. Wszelka racjonalność przemawiała za tym by odpuścić: byłem odwodniony, cholernie zmęczony, a biegunka nie ustępowała. Na widok strumienia, który mijałem w połowie drogi po prostu się położyłem i w niemal żebraczej pozycji nabierałem wody do butelki i piłem. Leżałem jak na madejowym łożu, a mijający mnie kumple starali się tchnąć we mnie ducha walki. Bądż co bądź, nawet rezygnując, musiałem się doczołgać na grzbiet.

Przegnany przez wiatr

Licząc na to, że tam zakończę bieg, w końcu dotarłem do Lucnej Boudy. Właściciele przybytku najprawdopodobniej nie chcieli raczyć gości naszym widokiem, więc punkt żywieniowy został rozstawiony od strony całkowicie wystawionej na wyjątkowo porywisty wiatr. Powiedzieć, że mocno wiało, to nic – podmuchy wprost biły po gębie, a całe ciało przenikał chłód. W tej sytuacji ciepła zupa stała się towarem cenniejszym niż złoto i gdyby wolontariusze chcieli za nią pobierać pieniądze, pewnie leżeliby teraz na Majorce. Głęboko przesadziłbym pisząc, że była dobra, ale co najmniej znośna. Najważniejsze jednak, że była dokładnie tym, czego potrzebował mój brzuch.

Z niewyjaśnionych przyczyn, zamiast zostać na miejscu i czekać na helikopter GOPRu, dołączyłem do Jarka, z którym rozstałem się dopiero przed metą. Nie było to nasze pierwsze złączenie sił podczas biegu ultra i nie będzie przesadą stwierdzenie, że tylko dzięki niemu dotarłem do końca tego biegu. Po zupie poczułem się wyraźnie lepiej, ale jeszcze dwa lub trzy razy szukałem ślimaków na drzewach. Ulga przyszła po 80 kilometrze.

11041145_1167828019909773_9065459751201659987_n

W końcu!

Gdy biegunka ustąpiła, dla mnie zawody dopiero się rozpoczęły. Byłem już bardzo zmęczony, ale w końcu przestałem się martwić o to, ile pociągnę do kolejnego przymusowego postoju. Po kolejnym wejściu na grzbiet została nam teoretycznie przyjemniejsza część trasy, czyli długi zbieg do Zamku Chojnik. Zielony szlak, który płaskim trawersem leciał do Petrovki nie był wymarzonym fragmentem do nadrabiania zaległości, ale gdy tylko większe skały i powalone drzewa ustępowały, od razu zabierałem się do biegu. Po dotarciu do wspomnianej drogi czekał nas już tylko prosty i szeroki zbieg, a na deser płaska siódemka do punktu docelowego.

Na 93 km został ustawiony ostatni punkt żywieniowy, który nie miał już z mojego punktu widzenia większego sensu bytu. Wolałbym arbuzy i pomarańcze rzucić gdzieś po czeskiej stronie, a na koniec ewentualnie zostawić wodę czy izotoniki. Poza tym, trasa od jakiegoś czasu prowadziła już lasem, więc nie było na czym zawiesić oka i pozostało nam trzymanie równego tempa by w blasku chwały wdrapać się na Zamek Chojnik.

Co było świetne, a co bym zmienił?

Pominę oczywiście własne problemy i skupię się na samej organizacji. Na pierwszy rzut pójdą zmiany, by końcówka wydała się słodsza.

– Punkty żywieniowe. To niestety nie maraton i jeżeli organizator zapewnia tylko dwa przepaki i to na 50 i 70 km, to wydaje mi się, że warto by rzucić na stoły coś więcej niż owoce, którymi można się ewentualnie nawodnić. Jeżeli bida na punktach i ich mała liczba miała być dodatkowym utrudnieniem, to wycofuję zarzut.

– Niedoinformowani wolontariusze. To nie pierwszy bieg, na którym się ich spotyka. Byłoby miło, gdyby opiekunowie poszczególnych punktów i wolontariusze wskazujący drogę wiedzieli (przynajmniej w niewielkim stopniu) jakie trudności czekają nas w najbliższej okolicy. Po kilkudziesięciu kilometrach człowiek traci zdolność analizy i dobrze byłoby móc polegać na ludziach trzeźwych.

– Cena. To punkt oczywisty. Ja wiem, że biegi to nie mieszanina wolontariatu i akcji charytatywnej, ale prawie trzy stówy za bieg boli bardziej niż widok gmachu Domu Śląskiego.

+ Trasa. Piękne widoki i poziom trudności, który sprawia, że samo ukończenie tych zawodów to duży wyczyn, muszę uznać za znakomite plusy. Cieszę się, że w końcu miałem okazję poznać polskie i czeskie szlaki, na które łasiłem się od jakiegoś czasu.

+ “Niszowość”. Nie w rozumieniu warszawskim (kiedyś określono tak podwarszawski bieg, gdzie startowało 1500 osób), ale w pełnym tego słowa znaczeniu. Liczba około 35 osób na linii startu tworzy imprezę niemal ekskluzywną!

+ Klimat. Bieg organizowany przez biegaczy dla biegaczy, więc pod tym względem musiało być dobrze. Mimo że późno dotarłem na „after party”, to i tak czułem się tam jak w jednej, wielkiej rodzinie.
+ Parking, pole namiotowe i wszelkie udogodnienia przy samej linii startu. Z logistycznego punktu widzenia mocno ułatwiło mi to życie.

Słowem zakończenia

Mógłbym pewnie wydłużyć powyższą listę, ale lepiej skupić się w schludniejszym opisie: polecam Ultra Chojnik każdemu, kto czuje się na siłach spróbować. Bieg jest cholernie trudny i wydaje mi się, że jedynie 6xBabia przewyższa go w Polsce pod tym względem. Mimo kłopotów z żołądkiem będę te zawody wspominał jeszcze długo, a obecność masy znajomych także na maratonie i połówce sprawi, że pewnie nieraz podczas biegowych rozmów zejdziemy na temat Chojnika. Tylko arbuzów na razie mam dość, a na krzaki nie mogę patrzeć…

PS Wciąż czekam na więcej fotek dlatego jest ich w relacji wyjątkowo mało.

Perun SkyMarathon 2015 – relacja

010_perun2015_fotomichalkonvicka_polygrafietesin

W zeszłym roku debiutowałem w biegach górskich. Na dobry początek wybrałem imprezę, która ze sportowego punktu widzenia była chyba najmniej właściwą ze wszystkich możliwych, bo nijak nie nadaje się na spokojny, lekki debiut. Mimo tego, do dziś wspominam ją z uśmiechem, bo nic tak nie zapada w pamięć jak mocna harówa i koleżeński klimat, który stworzyliśmy naszą polską grupką. Mowa oczywiście o czeskim Perun SkyMarathonie, na którą to imprezę musiałem trafić i w tym roku.

Jeżeli mieliście już okazję biegać w Czechach, to na pewno wiecie, że atmosfera na ich biegach znacząco różni się od tej, którą kojarzymy z masowych imprez w naszym kraju. Nie ma tu miejsca dla wielkich sponsorów i pakietów startowych bogatych w pierdoły. Nie ma reporterów telewizyjnych śmigających na rowerach ani celebrytów. Pewnie maraton w Pradze czy większe uliczne biegi wyglądają podobnie jak nasze, ale mówimy tu o górach, które całkowicie odbiegają od tego wizerunku. Są oczywiście w Polsce nadal biegi niszowe, które wyglądają podobnie, ale jest ich niestety coraz mniej. Perun, mimo że zawodnicy walczą o tytuł mistrza kraju w Skyrunningu, wpisuje się w klimat, który można streścić hasłem: jesteśmy tu, żeby biegać.

7-210-fotografie-13-44

Lekcje z poprzedniego roku

Tym razem wiedziałem już mniej więcej co mnie czeka i niby powinienem być spokojniejszy. Na koncie mam biegi znacznie dłuższe i teoretycznie znacznie bardziej wykańczające, a jednak nie podchodziłem do Peruna na luzie. Nawet solidnie przepracowana zima tego nie zmieniła. To nie jest maraton po pagórkach i asfalcie, gdzie w tle możemy poobserwować góry, ale 40 kilometrów ścigania się po trasach o nachyleniu najcięższych stoków narciarskich, często na single trackach i (od dwóch lat) w pełnym błocie. Trasa jest w dodatku tak poprowadzona, że eliminuje szaleńców już na pierwszych dwóch kilometrach, gdzie podejście (nie, o podbiegu nie ma mowy) uczy pokory jak nic innego.

Dzień przed zawodami przeszedłem z Justyną wspomniane pierwsze kilometry i wszystko od razu mi się przypomniało. W zeszłym roku, po pierwszych dwóch (dwóch!) kilometrach zawodów, jedyne co byłem w stanie z siebie wydusić to: „ja pierd…ę”, którym przywitałem się z kamerą. A przede mną była jeszcze długa droga, gdzie miałem okazję powtarzać powyższe hasło setki razy.

7-210-fotografie-50-21

Nie przyjechałem się bawić

Niemniej, minął rok i nie zamierzałem przeturlać się po tej trasie by zmarnowanym znaleźć się na mecie. Tym razem szykowałem się na walkę, bo nie brałem nawet pod uwagę, że nie pobiję zeszłorocznego wyniku. Tydzień odpoczynku przed zawodami sprawił, że byłem głodny biegania, a brak kontuzji uniemożliwiał wszelkie wymówki. W dniu poprzedzającym zawody do walki motywowała także pogoda – w porównaniu do zeszłego roku nie zostaliśmy przywitani mgłą i deszczem. Jak się jednak okazało, następnego dnia mieliśmy powtórkę z rozrywki: deszcz, mgła i dużo syfu na trasie. Na szczęście było jednak odrobinę cieplej.

3, 2, 1… i zaczynamy powolutku

Zacząłem spokojnie, bo inaczej niesposób. Pierwsze podejście zrobi wrażenie na każdym, kto myślał, że biegał po górach. Tym razem miałem ze sobą kije, więc z energetyczną muzyką na uszach pracowałem rytmicznie by mieć to za sobą. Po zdobyciu Javorowego Vrchu trafiało się bowiem na całkowicie inne warunki – szalony, lekko błotnisty zbieg, na którym do okolic 6 kilometra można było nadrobić sporo z początkowej zabawy. Jeżeli ktoś spuchł na podejściu, to tracił możliwość wykorzystania tego zbiegu w pełni, a ja leciałem tam na złamanie karku.

DSC_0469

Pierwszy punkt odżywczy i znowu zaczynamy zabawę. Wita nas błotnista ściana podbiegu, na której organizatorzy umocowali linę wspinaczkową by trochę ulżyć biegaczom. Moja walka na tym króciutkim odcinku skończyła się wbiciem kijka w nogę i lekkim rozerwaniem spodni, ale adrenalina robi w tym przypadku swoje i nie zwracałem na to uwagi. Później, właściwie przez całą niemal trasę, na zmianę czekały nas bardzo mocne i strome podejścia i zbiegi, na których można było zgubić buty.

Jeżeli chce się te zawody pobiec w sensownym czasie, to na zbiegach trzeba walczyć. Nie odpoczywać, nie łapać oddechów, ale cisnąć ile wlezie. Podejścia są bowiem na tyle męczące, że traci się tam mnóstwo czasu, a płaskich momentów nie ma wiele. Jednym z nich jest – umieszczony w połowie trasy – bieg Ropicami. Tam jednak w tym i w zeszłym roku mieliśmy prawdziwy festiwal błota, głębokich kałuż i wszelkiej maści syfu, który utrudniał utrzymywanie rozsądnego tempa.

DSC_0506

Takie traktowanie zbiegów sprawiło, że od 19 km zaczęły mnie łapać skurcze w udach, które dawały o sobie znać przy każdym przeskakiwanym drzewie i za każdym razem, gdy noga rozjeżdżała mi się na błocie. Doszło do tego, że na wyższych drzewach musiałem się kłaść, żeby je „przejść”. Zabawy nie ułatwiało odwodnienie, które mnie zaskoczyło (bo piłem na każdym punkcie i miałem swoje napoje) i objawiło się ciemnopomarańczowym moczem. Na kolejnych punktach chlałem więc dwa razy więcej, a coca colę z trzydziestego kilometra niemal asymilowałem całym ciałem.

Dajcie ten finisz!

Na sam koniec organizatorzy przewidzieli wisienkę. Wśród zawodników słyszałem plotki o lekkiej zmianie trasy, ale do tej pory wszystko było tak jak za pierwszym razem, więc bagatelizowałem te słowa. Okazały się one prawdziwe dopiero na 38 km, gdy zamiast ciąć mocno pod górę na Javorovy, czekał nas lekki zbieg, a następnie… kolejna ściana. Tym razem jeszcze bardziej pionowa, a w dodatku krzaczasta i pełna kłujących pędów. Liczba przekleństw na minutę rosła z każdym krokiem, a widok za plecami był przerażający: przypominał raczej widok z wieżowca, a nie góry.

DSC_0505

Ostatecznie o niecałe pół godziny udało mi się poprawić zeszłoroczny czas, co wobec trudności na trasie jest świetnym wynikiem. Dałem z siebie wszystko i czuć to było po samym biegu, gdy ledwo ruszałem nogami. Na mecie czekała na mnie Justyna, która po raz kolejny miała okazję widzieć mnie w stanie „zombie”, a chwilę później trzymałem już ciepłą zupę i czeski browar. Mniej więcej w połowie zawodów zaczęło się przejaśniać, a gdy wpadłem na metę, słońce oświetlało już okoliczne góry, tworząc niepowtarzalne widoki.

10423774_10204092048169500_7018461969824956465_n

Polecam – wpadajcie koniecznie na Peruna!

Kończąc, chciałbym polecić tę imprezę wszystkim, którzy lubią górskie wyzwania. Za groszowe pieniądze otrzymujecie świetną imprezę w pięknych górach, którą zapamiętacie na długo. W tym roku także udało nam się zebrać kilkuosobową polską ekipę, więc w sprawach organizacyjnych na pewno wszystko uda się dograć 🙂

Wymyślanie problemów i “kłopotliwy Orlen maraton”

orlen_warsaw_marathon_-_logo_claim

Człowiek przegląda te „internety” i tylko się denerwuje. Albo trafiam na głupie porady dla początkujących biegaczy albo na zadziwiające opinie na temat sprzętu czy „zjawisk okołobiegowych”. Tym razem przyszła pora na ostatnią z wymienionych możliwości, a mianowicie opinię na temat warszawskiego Orlen Maratonu, którą znalazłem na portalu Biegi Masowe.

Na początek zapraszam do zapoznania się z samym felietonem:

http://biegimasowe.pl/publicystyka/felietony/240-latwo-jest-przeplacic-za-impreze-i-wykonczyc-innych

Co w tym wszystkim jest nie tak? To proste jak zęby po aparacie ortodontycznym – organizatorzy imprez po prostu nie powinni dać się wciągać w tę gonitwę, która podobno służy wszystkim biegaczom i sprawy w ogóle nie było. To nie szary Kowalski w znoszonych adidaskach wymyślił sobie, że co 5 kilometrów dostanie daktyle ze Sri Lanki i wodę kokosową z serca jamajskiej dżungli na maratońskim biegu. To nie joggerka Marysia zarządała by w pakiecie startowym znalazły się frotki redukujące tłuszcz na czole i krem nawilżający do paznokci u stóp. I – wieńcząc wyliczankę – to nie Fryderyk, aspirujący ultramaratończyk, wpadł na pomysł by każda impreza miała wsparcie medialne godne amerykańskich wyborów prezydenckich.

To organizatorzy imprez biegowych po kolei podnosili rękawice rzucane przez innych i doprowadzili do tego, że dzisiaj maraton nie kojarzy się biegaczom z latami przygotowań i walką od startu do mety, ale z miejskim festynem, na którym kapele zamiast na jednej scenie rozłożyły się po głównych ulicach miasta. W związku z tym płacz, że kiedyś mogą się skończyć pieniądze na takie figle jest co najmniej nie na miejscu, gdy przyjmujemy perspektywę biegacza. Jest z kolei uzasadniony w przypadku organizatorów, którzy zarabiają na tym wszystkim pieniądze.

Nie próbujcie nam (mi?) wmówić, że biegacze stracą na tym, że na 10 kilometrze punkt żywieniowy będzie uboższy w żurek i znane z telewizji napoje, a zamiast tego na stół trafi banan i woda. To po prostu kłamstwo. Jeżeli ktoś do tej pory startował w imprezach biegowych by się najeść albo dostać pięć koszulek i skarpety, to środowisko biegaczy tylko zyska na jego braku. Jeżeli jakiś bieg upadnie, bo organizatorowi przestanie kalkulować się zabawa, na której nie zarabia, to każdy biegacz znajdzie setki innych biegów. Nie róbmy sensacji z tego, że moda na bieganie kiedyś przeminie, bo sprawi to jedynie, że ” w grze” zostaną prawdziwi pasjonaci i to do nich ofertę skierują równie prawdziwi organizatorzy.

Jeżeli „rynek jest zepsuty” to wasza wina i bijcie się za to po łapach. A tradycyjne biegi mają to do siebie, że istniały zanim to wszystko stało się modne i będą istniały, gdy moda przeminie. Na tym polega siła tradycji.

Ciuchy biegowe na każdą okazję

DSC_1147

Nie mam zdoności opowiadania, a i pamięć zbyt słabą by ze szczegółami wypisać Wam ciekawostki z ostatniej, weekendowej wyprawy w Karkonosze, ale to nie znaczy, że temat w ogóle odpuszczę. Pomyślałem (i obym się nie mylił), że dość interesujące z punktu widzenia biegaczy może być zagadnienie: jak poradził sobie sprzęt typowo biegowy podczas dwóch dni górskiego trekkingu? Gdy dorzucić do tego śnieżną zimę, przechodzącą w mokrą chlapę i błoto, a do tego zmienną temperaturę to pojawia się kilka ciekawych spostrzeżeń.

Zacznę od krótkiej wyliczanki i wyjaśnienia. Na wyjazd zabrałem ze sobą: buty New Balance 980 Fresh Foam Trail, koszulkę termoaktywną Odlo Evolution Warm, bluzę Nessi, którą recenzowałem dla portalu Trening Biegacza, leginsy z Tchibo, kalesony Crafta z Windstopperem oraz czapę i skarpety Dexshella. . Nie wszystko z listy jest dedykowane „wyłącznie biegaczom”, ale ja tego sprzętu używałem tylko w tej dyscyplinie. Dlaczego w takim razie wziąłem to wszystko w góry? Odpowiedź jest prosta – do tej pory nie miałem wielu okazji by chodzić po górach, najczęściej po nich biegam, więc nie czułem potrzeby kupowania rzeczy górskich. A jak spisały się biegowe, tego dowiecie się z kolejnych linijek.

Koszulka termoaktywna Odlo Evolution Warm. Krótko – jest genialna. Wziąłem ze sobą jeszcze jedną koszulkę tego typu, gdyby ta mi przemokła lub prześmierdła, ale nie było o tym mowy. Pełne dwa dni spędziłem wyłącznie w niej i najczęśniej stanowiła jedyną warstwę poza kurtką. Przy zejściu do Karpacza miałem na sobie już tylko tę koszulkę, choć nie mamy środka lata. Świetnie trzyma temperaturę, wysycha niemal natychmiastowo i jest bardzo wygodna. Do tej pory miałem o niej dobre zdanie, ale jej ocena i tak skoczyła w moich oczach o kilka punktów. Jeżeli szukacie uniwersalnej bielizny do biegania, trekkingu, na narty/snowboard czy gdziekolwiek jeszcze może się przydać, to nie zastanawiajcie się długo. Odlo mistrzem wszechwag!

Bluza Nessi. Jak już się pewnie domyślacie, nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Zakładałem ją rzadko i dość szybko ściagłem, ponieważ połączenie bielizny, kurtki i bluzy, które miałem przy sobie, nadawałoby się na Sybir, a nie Karkonosze wiosną. Ci z Was, którzy czytają WLF trochę dłużej wiedzą jednak, że bardzo ją sobie cenię.

DSC_1195

Czapka i skarpety Dexshell. Jeżeli chodzicie przez dwa dni po zaśnieżonych górach w przewiewnych, biegowych adidaskach, a wasze stopy mimo to są suche, to ciężko utrzymać szczękę na miejscu. Skarpety Dexshella można chwalić godzinami, dniami i tygodniami, a i tak ich działanie cały czas robi wrażenie. To świetny produkt dla każdego, kto ma do czynienia ze śniegiem, błotem i wodą w każdej formie. Buty z goretexem można wyrzucić przez okno albo dać psu do zabawy. Czapka, podobnie jak bluza, nie miała za dużo roboty. Założyłem ją drugiego dnia, podczas podejścia na Śnieżkę, ale wyjątkowo nie było wietrznie, więc szybko się zagotowałem.

Leginsy i kalesony. Nie będę się przesadnie rozpisywał, bo było po prostu ok. Żadnych otarć, całkowity komfort termiczny i użytkowania. Nic do zarzucenia.

NB 980 Fresh Foam Trail. Po ciężkich przygodach na pierwszym treningu zrobiłem w nich jeszcze kilka wybiegań w terenie i postanowiłem zabrać na dłuuugi spacer po górach. Skoro odpuściłem Bieg Kreta to taka wycieczka była idealną okazją by sprawdzić, jak NB poradzą sobie z kilkunastoma godzinami użytkowania non stop.

Tym razem nie było mowy o „dziurze w palcu”, choć podczas długich zejść nadal czuć było, że przody butów są dla mnie zbyt wąskie. Poza tym sprawdziły się wyjątkowo dobrze. Nawet na mokrym śniegu zapewniały rozsądne „tarcie”, mimo że nie mają dużego bieżnika. Poza tym dobrze trzymają stopę na wysokości zapiętka i śródstopia, więc przy okazji poślizgów czułem się w miarę pewnie. Może okaże się, że częściej będę je wykorzystywał podczas tego typu wycieczek, a nie na treningach biegowych? Oby nie 😉

Okazało się zatem, że rzeczy biegowe mogą się świetnie sprawdzać podczas takich wycieczek. Trzeba oczywiście zadbać by były one dobrane do pory roku i warunków panujących w miejscu docelowym, ale etykietki „do biegania”, „w góry”, „do supermarketu”, „do cioci na imieniny” można odłożyć między bajki, gdy sięgnie się po wyobraźnię i pokombinuje.

Po takiej lekturze wszyscy zasługujemy na czekoladę!