Bieg Ultra Granią Tatr – moje kompendium przedstartowe

W końcu udało mi się złożyć wszystkie filmowe relacje, a po ich połączeniu z tekstami powstaje z tego niewielkie kompendium, które przyszłym zawodnikom da pewne wrażenie na temat przyszłego startu. 

Opisy poszczególnych części trasy i linki do filmów:
1. Siwa Przełęcz – Hala Ornak

https://wluznejformie.wordpress.com/2015/07/10/bugt-rekonesans-trasy-siwa-przelecz-hala-ornak/

2. Hala Ornak – Hala Gąsienicowa

https://wluznejformie.wordpress.com/2015/07/11/bugt-rekonesans-trasy-2-hala-ornak-hala-gasienicowa/

3. Hala Gąsienicowa – Kuźnice

https://wluznejformie.wordpress.com/2015/07/13/bugt-rekonesans-trasy-3-hala-gasienicowa-kuznice/

BUGT rekonesans trasy 3.: Hala Gąsienicowa – Kuźnice

1912374_395332877328172_4943541365217237007_n

Do trzech razy sztuka – pora na ostatni z opracowanych przez nas etapów rekonesansu trasy BUGT. Od Murowańca na Hali Gąsienicowej docieramy do Kuźnic, bo ostatnie metry ulicami miasta nie potrzebują specjalnego omówienia. Przełęcz Krzyżne to najbardziej oczywiste utrudnienie na tym etapie, ale znajdzie się tu jeszcze kilka miejsc, gdzie można uronić łzę smutku oraz parę takich, które powinny was pocieszyć. Przejdźmy zatem do opisu.

W przeciwieństwie do punktu odżywczego na Ornaku w Murowańcu polecam zjeść na miejscu przy napełnianiu bidonów/bukłaków. Tym razem nie czeka na nas bowiem podejście za samym schroniskiem, ale fragment, który warto będzie przebiec. Zejście na żółty szlak rozpoczyna się single trackiem wśród krzaków – podłoże to spore kamienie, po których można swobodnie biec. Zanim zacznie się podejście, które widać na profilu zdążymy nadrobić czas przeznaczony na jedzenie, a nawet więcej.

11709261_395332560661537_7570055711064205619_n

Podejście zacznie się na granicy wyznaczonej przez drzewa. Nie jest mocno nachylone i można tam solidnie napierać, dlatego też warto było zjeść wcześniej by mieć na to siły i nie tracić czasu na podjadanie. Częściowo można tam też podbiegać – warto nadrabiać każdy czas, który stracimy na drapanie się na przełęcz.

11745912_395332653994861_2868477682578462730_n

Zanim jednak to następi przelecimy kamieniami przez Dolinę Pańszczyca z Czerwonym Stawem. Od Murowańca do tego momentu będzie trochę mniej widowiskowych obrazków na trasie, więc nadal skupiamy się na biegu/napieraniu. Chwilę za stawem czeka nas strome, choć krótkie podejście niedaleko Wielkiej Kopki, a potem znowu mamy czas na bieganie zanim przyjdzie pora na Krzyżne. Kamienie na tym fragmencie są duże i stosunkowo wygodne.

11665621_395332630661530_1906970774535039365_n

Podejście na Krzyżne

Nie bez powodu obawiają się go wszyscy, którzy prześledzili profil biegu, w rzeczywistości nie jest to jednak najgorszy fragment trzeciej części trasy. Horror pod przełęczą zaczyna się tak naprawdę na ostatnich 400-500 metrach, gdzie czeka nas solidna wspinaczka po skalnych stopniach, ale zanim do tego dojdzie podejście jest całkiem rozsądne. Na wdrapanie się stracimy w tym miejscu sporo czasu, ale gorsze czeka nas na samej przełęczy…

11745326_395332813994845_5906989670211273721_n

Okazuje się bowiem, że „zbieg” z Krzyżnego jest znacznie gorszy niż podejście na tę przełęcz. Jest strome, wąskie, pełne nierównych kamieni i skał i w dużej mierze nie nadaje się do rzeczywistego zbiegania. Momenty, dosłownie momenty, gdzie będziecie mogli trochę pohulać szybko przejdą w trudność, gdzie trzeba będzie pomóc sobie rękami albo przynajmniej solidnie zwolnić. Od Krzyżnego pocieszyć nas może jednak jedno – widok na Dolinę Pięciu Stawów zapiera dech w piersiach!

11140368_395332860661507_5118570094223124959_n

10982131_395332940661499_3384602460075666367_n

1912502_395332897328170_1933071456723729812_n

Dopiero jednak w okolicach Wielkiego Stawu trafimy na część szlaku, która nadaje się do porządnego zbiegania i trzeba tu wykorzystać każdy fragment. Warto mieć na uwadze, że przy Przednim Stawie ulokowane jest schronisko, gdzie za ok. 8 zł dostaniecie kolę czy izotonik. Oczywiście można tam też kupić lekkie przekąski. Biorąc pod uwagę, że na Wodogrzmotach czeka na was tylko woda/izo, warto się tam ewentualnie zaopatrzyć.

Biegiem do asfaltu

Następny fragment trasy prowadzi początkowo czarnym, a następnie zielonym szlakiem do Wodogrzmotów. To już czysty górski zbieg i należy z niego wycisnąć wszystko, co się da. Jedyna przeszkoda to niestety liczba turystów. Traficie tam najprawdopodobniej na prawdziwe tłumy i nie będzie przesadą, gdy napiszę, że większość ma biegaczy tak głęboko w d., że nawet aktorzy najobskurniejszych filmów porno byliby zdziwieni. Należy jednak zacisnąć zęby i lecieć przed siebie.

11709522_395333067328153_1871768207656585547_n

Do asfaltowej ścieżki na morskie oko traficie dosyć szybko, a tam ulokowany został ostatni punkt – tym razem z samymi płynami. Na szczęście lecąc w dół między turystami traficie po lewej stronie na sklep, gdzie można kupić napoje i słodycze (nie wchodziłem do środka, ale ceny są najpewniej takie jak wszędzie w okolicy, czyli trzykrotność tego, co w normalnych sklepach). To ostatnia szansa przed Kuźnicami, żeby nabyć cokolwiek do jedzenia.

Na deser jeszcze kilka podejść

Z asfaltu odbijamy w lewo, na czerwony szlak w stronę Rówieni Waksmundzkiej. Piewsze, co tam widzimy to oczywiście podejście i to nie byle jakie. Jeżeli wydawało się wam, że na Krzyżnem kończy się zabawa w człapanie, to… nie, nadal się nie kończy. Powiem więcej, to podejście będzie się ciągnąć przez kilka kilometrów, więc skupcie się na napieraniu, nie ma co biadolić. Z początku raz na jakiś czas spójrzcie też za siebie, traficie na przemiły widok na Dolinę Białki.

11249019_395333107328149_7135080272723436886_n

I tu można by właściwie zakończyć cały opis, bo od Psiej Trawki wypadałoby biec, a najlepiej biec szybko. Tam nie traficie już na dobre wymówki, bo trasa staje się łatwa i daje perspektywę na nadgonienie ostatniego podejścia. Warto na koniec zaznaczyć, że jeszcze przed Psią Trawką i dwa lub trzy razy za nią traficie na rzeki, których woda smakuje wspaniale jak żadna inna i chłodzi jak zamrażarka. W przypadku upałów warto korzystać z ich dobrodziejstwa.

Podejście na Nosalową Przełęcz jest krótkie i łatwe, a potem tylko jeden fragment zbiegu będzie mocniej nachylony i do samych kas na Kuźnicach leci się na luźnych łydach. Dalej wypada się już uśmiechać, bo meta będzie na wyciągnięcie ręki!

BUGT rekonesans trasy 2.: Hala Ornak – Hala Gąsienicowa

11253600_394978710696922_1555390124513057953_n

Lecimy z drugą częścią rekonesansu trasy Biegu Ultra Granią Tatr. Zgodnie z przyjętym przeze mnie podziałem tym razem na tapetę wezmę fragment między punktami żywieniowymi: od Hali Ornak do Schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej. Etap najkrótszy i na papierze dosyć prosty, ale chyba nikt już się nie oszukuje – na tym biegu nawet proste fragmenty są krzywe, łatwe są trudne, a płaskie… sami wiecie. By nie przeciągać biadolenia, zaczynamy!

Nie mam pojęcia, co będzie serwowane na punktach żywieniowych, ale polecam jedno – uzupełnić bidony/bukłaki i możliwie dużą ilość jedzenia wziąć do ręki by od razu ruszyć dalej. Jeżeli wiązałoby się to ze śmieceniem na trasie, to niech was ręka boska broni, ale – patrząc perspektywicznie – najbliższe kilometry będą chodzone i nie ma co tracić czasu na punkcie. Początek zielonego szlaku Doliną Tomanową zaprasza do podbiegania i przy odrobinie sił możecie tam jeszcze chwilę docisnąć zanim przejdziecie do biesiadowania. Większość jednak zacznie od razu maszerować, a z czasem zacznie się robić coraz bardziej pod górę.

10996048_394978837363576_2606999765267670535_n

Szeroka ścieżka z czasem zmieni się w single tracka wśród traw, a potem nagły zakręt i… kilka kilometrów napierania. Do Chudej Przełączki dotrzemy lekkim trawersem, na którym trafimy na ciągnące się kamieniste schody, a rzadziej skrawki ziemistej ścieżki. Tam też czekają na nas pierwsze (i stanowczo nie ostatnie) fragmenty, gdzie można pożegnać się z życiem. Podejście Twardym Grzbietem na Ciemniaka (2096 m.n.p.n.) przypomina Starorobociański czy Wołowiec – smutno, ale znajomo. Polecam trzymać na tym fragmencie możliwie równe tempo, bo podejście nie jest trudne technicznie i trzeba po prostu zmusić się do napierania. Z pewnością pocieszą Was jednak widoki, które serwują nam Tatry już od początku podejścia.

11062540_394979020696891_876635488279204436_n

Znowu na grani…

Od Ciemniaka znowu hulamy po grani. Pierwsze trzy szczyty zobaczymy już na początek. W okolicach połowy drogi między Ciemniakiem a Krzesanicą trafimy na kolejny punkt łatwej śmierci, ale poza tym nie jest ciężko i w końcu można postarać się nadrobić trochę czasu. Droga na Małołączniak (2096 m.n.p.m.) i następującą Kopę Kondracką (2004 m.n.p.m.) nie powinna was zaskoczyć. Przypomina ścieżki, które przelecieliście już na pierwszym przelocie przez grań, choć wyraźnie mniejsze tu podbiegi i zbiegi. Przy odrobinie samozaparcia cały ten fragment można przebiec.

11402966_394979150696878_5052909932346601772_n

Za Kopą zaczyna się jednak zabawa. Zbieg z niej jest początkowo dość ostry, ale szybko zaczyna prowokować do rozluźnienia łydy, aż tu nagle… skały, ekspozycje, urwiska, jednym słowem: śmierć. W międzyczasie miniecie Goryczkową Czubę (1913 m.n.p.m.), która nie wybija się powyżej dwóch tysięcy metrów, ale zapewni wam aż nadto wrażeń. My dodatkowo trafiliśmy tam na sporą liczbę turystów i tego też należy się spodziewać (w końcu jesteśmy niedaleko Kasprowego). Część z nich miło ustępuje drogę, ale większość nosi się jak panisko na dworze. Przygotujcie ręce, bo na część skałek ciężko będzie wejść bez ich pomocy, no i uważajcie na nogi, bo kostucha ostrzy w kilkunastu miejscach kosę.

11667409_394978730696920_276673805444043749_n

W stronę kolejki…

Podejście pod Kasprowy to koniec technicznych wygibasów – wchodzimy kamienistą ścieżką i na siłę można tu podbiegać podobnie jak na Małołączniak. Turystów coraz tu więcej, ale i trasa na tyle szeroka by wszyscy się pomieścili. Warto wziąć pod uwagę, że mijając Kasprowy, mijacie sklep – co prawda pół litra koli wyniesie was 8 zł, a woda chyba 5, ale przy 350 zł za start to nawet nie drobne. To szansa na złapanie dodatkowego punktu odżywczego, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że na Gąsienicowej będziecie za kilkanaście minut.

11700842_394979200696873_5872655560234301198_n

Zbiegamy żółtym szlakiem, a to oznacza kolejną porcję kamienistych schodów i slalom między turystami. Pocieszający może być fakt, że ten odcinek jest dość łagodnie nachylony i można tam solidnie docisnąć, jeżeli jeszcze mamy siły. Bardziej płaski fragment przed samym schroniskiem to już istny tor wyścigowy.

11659410_394979214030205_5841363360250778867_n

Podsumowując, na tym etapie czekają na was piękne widoki. Zgodnie z przyjętą konwencją nie zamierzam silić się na poezję, ale jest naprawdę pięknie. Poza tym, tu możecie liczyć na dużą liczbę turystów (uczulam na Kopę, Kasprowy i zejście do Murowańca) i widmo śmierci między Kopą a Kasprowym. Nie da się jednak ukryć, że jest to etap łatwiejszy niż ten do Ornaku – podejścia, poza Ciemniakiem, są znacznie lżejsze, a zbiegi zachęcają do łamania kostek.

BUGT rekonesans trasy: Siwa Polana – Hala Ornak

Bieg-Ultra-Grania-Tatr-2013.-Fot.-Piotr-Dymus-09

Trasę Biegu Ultra Granią Tatr podzieliliśmy na trzy etapy. Pierwszy z nich prowadzi od startu na Siwej Polanie do schroniska na Hali Ornak, na której zawodnicy trafią na jeden z dwóch punktów odżywczych. Etap ten zamyka się w niecałych trzydziestu kilometrach, podczas których czeka nas kilka mocnych podejść, techniczne zbiegi, ale i parę fragmentów, gdzie będzie można odrobinę odetchnąć lub zagrać o lepszą pozycję. W paru słowach postaram się opisać trudności, które możecie napotkać, a z czasem dorzucę do tego relację wideo, która da lepszy obraz całości.

Od razu zaznaczam, że nie będzie to literacka wyprawa po trasie – na to jeszcze przyjdzie czas – ale informacje podane na sucho. Jeżeli liczyliście na Homera, to niestety czeka Was Tukidydes…

1

Na początek kilka podstawowych informacji. Na Hali Ornak obowiązuje limit czasowy 6:30 od startu, czyli należy się tam pojawić najpóźniej o 10:30. Wobec naszego dzisiejszego przebiegu wydawać się może, że czasu jest ogromna ilość, ale my nie mieliśmy przed sobą osiemdziesięciu kilometrów. W przypadku bardzo wysokiej temperatury i czystego nieba musimy się liczyć z perspektywą oparzenia skóry lub mocnego odwodnienia, jeżeli nie weźmiemy ze sobą solidnego zapasu wody. Mi starczył litrowy bukłak, ale i pogoda trafiła nam się bardzo łagodna (na wysokości 2000 m.n.p.m. było ok. 3-4 stopni Celsjusza). Od wejścia na Grzesia (1653 m.n.p.m.) nie ochronią nas już żadne drzewa aż do 2-3 kilometrów od Hali, gdzie zbiegamy w las.

2

Start na Siwej Polanie ma swoje wady i zalety. Z jednej strony czekający nas kilkukilometrowy bieg najpierw po asfalcie, a z czasem po ubitej ścieżce to doskonała okazja by ustawić się na swoim miejscu w szeregu. Wyobrażam sobie jednak także, że wielu zawodników poleci tam w pałę i później będzie tego żałować. Uczulam – będzie gdzie się wykazać, Dolinę Chochołowską poświęćcie na lekką rozgrzewkę i nucenie ulubionej piosenki.

4

Do podejścia żółtym szlakiem na Grzesia nie czekają nas żadne niespodzianki. Potem jednak wyrasta przed nami dość solidne podejście i pewnie niewielu będzie ten fragment biegło. Na szczęście nachylenie na tym etapie nie powala na kolana, więc warto tam napierać (szczególnie gdy macie kije) zamiast się obijać. Po opadach może tam być ślisko, więc śledźcie prognozy.

11011461_394618594066267_3700800188877909545_n

Zaczyna się zabawa…

BUGT zacznie się na serio dopiero za tym niewielkim szczytem. Podejście na Rakoń (1876 m.n.p.m.) da wam przedsmak czekającej zabawy, a człapanie pod Wołowiec (2064 m.n.p.m.) tylko ten efekt utwierdzi. Na pocieszenie dostaniecie pierwsze widoki, jeżeli tylko pogoda Was nie oszuka. Tu na szczęście nadal tańczymy na niewielkich kamieniach i luźnym żwirze.

11742701_394618747399585_4250845847396211528_n

Emocje przyniesie dopiero zbieg z Wołowca, gdzie pojawi się dużo więcej kamieni i skał różnych gabarytów. Szczerze powiedziawszy nie zarejestrowałem szczytu Łopaty (1958 m.n.p.m.), więc nie będę wróżył z fusów i opowiadał dziwów. Do Podejścia na Jarząbczy Wierch (2137 m.n.p.m.) trafimy na kilka fragmentów, gdzie lepiej będzie odrobinę zwolnić (jeżeli w ogóle będziecie tam cisnąć, co niespecjalnie polecam). Ale właśnie… podeście na Jarząbczy, tu zaczyna się seria skandali, którą wieńczy Starorobociański Wierch (2176 m.n.p.m.).

5

Każde z tych podejść (z Kończystym Wierchem na 2003 m.n.p.m.) wyrasta przed nami niczym budynek i zmusza do smutnego napierania. Przy tym zbiegi zaczną proponować coraz więcej trudności – czasami ciśniemy bardzo wąską ścieżynką niedaleko przepaści, innym razem pomagamy sobie rękami by przebić się przez skałki. Mocniejsze zbieganie tymi miejscami wymaga maksymalnego skupienia, odwagi i w miarę lekkich nóg by trochę poskakać i wykazać się umiejętnościami baletowymi. Ciężko wymienić mi po kolei czyhające trudności (kto to zresztą spamiętał…), ale uważajcie tam, bo dzieje się aż za wiele.

11403396_394619284066198_7899040124009766355_n

I zbiegamy…

Za Starobociańskim czeka nas upragniony długi zbieg. Najpierw przypomina on bardziej zejście, bo trzeba pokonać skalne trudności, ale dalej po kamieniach lecimy już z luźną łydą. Polecam na początku uważać też na luźne kamienie i żwir, które potrafią szurnąć nas o metr. Przez Siwą Przełęcz i Ornak do Iwanickiej Przełęczy zbiegamy bardzo intensywnie – na kamieniach przypominających te Karkonoskie i ze sporą różnicą poziomu. Momentami szlak przypomina schody, a nie ścieżkę i przy braku rozwagi możemy solidnie zbić tu uda. My mogliśmy pozwolić tu sobie na więcej, ale startującym polecam zbierać siły, bo zaraz za Halą czeka na Was kolejne mocne podejście.

11665357_394619327399527_2453337388539864373_n

Jak wspominałem, końcówkę lecimy chwilowo lasem. Przy wysokiej temperaturze nie da to dużej ulgi, ale przynajmniej osłoni od mocnego słońca na parę chwil. Im bardziej w las tym więcej jednak korzeni, które uzupełniają luki pomiędzy kamieniami. Na trasie warto mieć ze sobą przynajmniej lekką wiatrówkę, bo różnica temperatur na kolejnych fragmentach jest spora, po solidnym zbiegu nawet przy niskiej temperaturze zrobi nam się gorąco.

11215523_394619374066189_4794278884164398527_n

Podsumowując, wbrew temu, co może sugerować profil trasy, który znajdziecie w internecie, musicie się przygotować na spore podejścia na tym etapie. Jarzębczy czy Starobociański na pewno wybiją Was z rytmu i mogą wyssać sporo sił. Ponadto, w paru momentach na grani łatwo zakończyć żywot w górach, czego nie polecam nikomu (bo wrogom życzę gorszej śmierci). Widok wąskich ścieżek i skałek powinien w naszej głowie zapalić czerwone światło. Nie trzeba chyba wspominać, że na tym etapie biegu powinno nam zależeć na zachowaniu sił – zaraz za Halą znowu wylądujecie na podejściu pod grań, a potem czeka Was jeszcze Krzyżne.

Napisałbym, że nie zazdroszczę, ale kto mi uwierzy…

Maraton Gór Stołowych 2015 – relacja

mgs-rect-wrapp

Życie najgłośniej śmieje się z tych pewnych siebie. Tak przynajmniej było w tym przypadku, bo przed startem w Maratonie Gór Stołowych czułem się świetnie i wszystko wskazywało na to, że mogę liczyć na dobry wynik. Treningi przebiegały spokojnie, przeszły mi problemy z żołądkiem, a pogoda od kilku dni dawała przedsmak tego, co czekało nas na trasie, więc wiedziałem czego się spodziewać. To wszystko traci jednak znaczenie, gdy podczas biegu organizm po prostu wyhamowuje i nic nie da się na ten stan poradzić. Wszystkie plany idą na bok i zaczyna się walka o dotarcie do mety…

Do Karłowa przyjechałem w sobotni poranek. Przesunięcie godziny rozpoczęcia zawodów było dla mnie doskonałą okazją by wyspać się w domu i wciągnąć rano porządne śniadanie zamiast turlać się przez noc po aucie i pobiec na batonach. Oczywiście, że oznaczało to także bieg bez nadziei na poranne, chłodniejsze powietrze. Jeżeli ktoś jeszcze spodziewał się, że pogoda będzie znośna, to minuta na słońcu skutecznie weryfikowała znane powiedzenie o tym, czyją matką Nadzieja jest. Zanim dotarłem na start byłem już solidnie spocony, ale nadal przekonany, że pogoda nie powstrzyma mnie przed mocnym biegiem.

IMG_9861

Dziesięć, dziewięć i tak dalej, i skończyło się „co będzie” – trzeba skupić się na biegu, złapać zawodników na podobnym poziomie i napierać. Krótkie przepychanki na asfalcie i pierwszych dwóch kilometrach dawały szansę na ustawienie się w przedniej części stawki, a potem zaczął się lot zgodny z profilem trasy: trochę w górę, potem lekko w dół i tak w kółko. Na każdym punkcie miałem się meldować najpóźniej co godzinę, choć doskonale wiedziałem, że na pierwszym odcinku trzeba parę minut nadrobić, bo lubię tracić czas właśnie na punktach żywieniowych.

Pierwszy punkt w 49:32 przyszedł z łatwością. Z takim zapasem czasu nie musiałem się już martwić o dłuższe postoje przy arbuzach czy męczące podejścia. Jeszcze przed drugim punktem usłyszałem, że jestem na 16 pozycji, a dobre samopoczucie sprawiało, że tylko podniosłem się na duchu i leciałem swoje… ale nie na długo.

IMG_0180

18 km, drugi punkt i pierwsze oznaki zbliżającego się zjazdu. Wciąż trzymałem się planu, wlałem w siebie parę kubków wody i izotnika, co organizm nagrodził lekkim bólem głowy. Ból przychodził i po chwili przechodził, więc zabawa w ciuciubabkę z własnym łbem jeszcze nie wybiła mnie z rytmu. Kolejne kilometry jednak mijały i zaczęło się robić niepokojąco – to, że nie miałem siły podbiegać i zacząłem maszerować pod górę jeszcze wydawało się normalne w takich warunkach, ale dlaczego wówczas mijało mnie tylu zawodników? To ja nie umiem chodzić? Zazwyczaj łapałem część z nich na zbiegach, które wciąż wychodziły bardzo dobrze, ale podejście do Pasterki okazało się już prawdziwą mordęgą.

mgs14_profil

Dotarłem tam z nietęgą miną i od razu skorzystałem z pomocy Michała Złotowskiego, który zlał mnie chłodną wodą z wielkiej balii. Potem wylałem na siebie jeszcze dwa wiadra, co przyniosło lekkie ukojenie. Wypiłem sporo, podjadłem i ruszyłem dalej. Ruszyłem to dobre określenie, bo od tej pory coraz rzadziej można w moim przypadku mówić o bieganiu. „Pętlę Piotrka” znałem z wcześniejszych treningów, więc na zbiegu jeszcze udało mi się zachować klasę, ale podejście to był cios ostateczny – po 500-600 metrach podejścia poczułem się słabo, moje reakcje były mocno opóźnione i było już po biegu. Siadłem na skale i przez parę minut próbowałem dość do siebie. Do mety czekało mnie jeszcze kilka takich “posiadówek”.

IMG_0003

Wymowny jest wykres tętna, który od tego momentu leci w dół aż do schodów na Szczeliniec. Równie wymowna była próba oddania moczu, która skończyła się na kilkunastu kroplach w kolorze drzewiasto-ziemistym. Miałem ze sobą cały czas 1,5 litra płynu i piłem na każdym punkcie, a i tak mocno się odwodniłem. Od dłuższego czasu z biegacza zmieniłem się w pożywkę dla much i innych owadów. Ich czułe zaloty sprawiły, że dzisiaj wyglądam jakbym miał ospę.

Na metę dotarłem po siedmiu godzinach i paru minutach. Nie ma sensu ciągnąć opowieści o tym jak ciągnąłem nogę za nogą niczym orszak pogrzebowy. Mógłbym w tym momencie napisać, jak daleko byłem wobec tego od osiągnięcia planu, ale chyba brak mi porządnej metafory. Sześć do ponad siedmiu godzin na takim dystansie dzieli po prostu przepaść, nie szczelinka.

11709223_393188000875993_4141591065807166477_n

Nie chciałbym jednak by ta relacja zmieniła się w moje wycie do księżyca nad słabym wynikiem. Maratonowi Gór Stołowych trzeba oddać, że trasa jest naprawdę świetna. Technicznie wymagająca, ale pozwalająca także wyciągnąć kopyta na kilku odcinkach. Z widokami jest różnie – kto był kiedyś w Górach Stołowych ten wie, że nie można się tam spodziewać wypiętrzonych szczytów i wielu punktów z ciągnącymi się panoramami, ale potężne skały i urokliwe lasy nadrabiają te braki z nadwyżką.

11659368_393188030875990_8969455922118572911_n

Punkty żywieniowe były bardzo dobrze zorganizowane, a wolontariusze pomocni, za co należą się im wielkie podziękowania. Nie można także pominąć roli osób wskazujących na trasie kierunek – nie dość, że dobrze wykonywali swoją robotę, to jeszcze wspierali takie trupy jak ja do dalszej walki. Idąc dalej – prysznice na Szczelińcu to znacznie więcej niż się spodziewałem, do tego smaczny makaron w Pasterce tworzą obraz doskonale zorganizowanych zawodów. Dzięki wielkie i widzimy się za rok – mam rachunki do wyrównania!

Kije Fizan Compact

Fizan_Compact_walking_poles.jpg

Z używaniem kijów podczas długich biegów zetknąłem się po raz pierwszy podczas górskiego debiutu na Perun SkyMarathonie w Czechach. Na początku zdziwiła mnie skala popularności tego sprzętu wśród Czechów – powiedzieć, że miał je niemal każdy nie byłoby przesadą. Sam jednak trzymałem się od kijów z dala do czasu nieudanego startu w Sudeckiej Setce. Wówczas zdałem sobie sprawę, że kije mogły w trakcie biegu odrobinę odciążyć moje nogi i dzięki ich pomocy może ukończyłbym ten bieg? Takie gdybanie nie ma oczywiście wiele sensu, ale wówczas uznałem, że dam kijom szansę i przynajmniej na treningach sprawdzę, jak się z nimi biega.

Wybór kijów

Nie będę ukrywał, że główną cechą, na którą zwracałem uwagę była cena. Nie byłem pewny, czy kije w ogóle będą dla mnie wygodne i przydatne, wiedziałem też, że na dystansach maratońskich spokojnie poradzę sobie bez nich. Poszperałem trochę w internecie, popytałem znajomych i nieznajomych i ostatecznie najwięcej pozytywnych opinii w zestawieniu jakość/cena zebrały kije Fizan Compact. Nie zastanawiając się długo zamówiłem je z ulubionego portalu aukcyjnego wszystkich Polaków.

img_2659abc

Fizan Compact

O specyfikacji kijów nie będę się rozpisywał, bo wszelkie detale znajdziecie na stronach sklepów je sprzedających (np. http://orlabaszta.pl/kije-turystyczne/165-kije-trekkingowe-fizan-compact.html) lub w innych recenzjach (np. http://orlabaszta.pl/blog/kije-trekkingowe-fizan-compact-recenzja/).

Pierwszy trening…

Byłoby oczywiście zbyt pięknie, gdybym mógł od razu wybrać się w góry, by przetestować te kijki. Na początek musiał mi starczyć Wrocław, gdzie postanowiłem sprawdzić, czy wygodnie będzie się biegało z kijami trzymanymi w ręce. Po złożeniu każdy z nich ma 52 cm długości, więc nie bałem się o to, że będą mi przeszkadzać, chciałem raczej sprawdzić czy po kilkunastu kilometrach nie będę miał ich dość.

Sprawa okazała się prosta, bo już po 5 minutach w ogóle zapomniałem, że mam kije w ręce. Przez cały trening trzymałem je w lewej ręce i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, by w czymkolwiek mi przeszkadzały. Być może jestem już odrobinę przyzwyczajony do biegania z gadżetami w ręce, bo część zawodów przebiegłem z kamerą, ale to nie zmienia faktu, że bieg z kijami jest bezproblemowy. Kłopot pojawia się jednak, gdy po takiej zabawie postanowimy kije rozłożyć – rozkręcenie, a tym bardziej skręcenie ich spoconymi dłońmi urasta do rangi wyzwania i musiałem sobie pomagać koszulką, żeby wszystko skręcić odpowiednio mocno. Domyślam się, że w rękawiczkach odbyłoby się to bez problemu, ale biegacze stroniący od rękawiczek będą się z tym męczyć (jedyną opcją ratunkową jest chyba zabieranie dwóch małych lub jednej większej szmatki, które pomogą nam w przedsięwzięciu). W obliczu tych kłopotów postawiłem, że drugi trening pobiegnę z rozłożonymi kijkami i sprawdzę, czy 125 cm długości nadal nie będzie mi przeszkadzało…

Na całej długości

I – do czasu – nie przeszkadzało. Trochę dłużej trwało, zanim tym razem zapomniałem o tym, że mam przy sobie kije, ale ostatecznie przestałem na nie zwracać uwagę podczas treningu. Sprawa zmieniła się dopiero, gdy przyspieszyłem – za mocnym i szybkim ruchem nóg automatycznie idą ręce i zaczynają się szalone wymachy kijami. Wyjścia są dwa: albo staramy się opanować ręce, a tym samym skazujemy się na bieg z nieco niższą prędkością albo kije składamy, by nie zabić siebie lub osób postronnych. Wybór odpowiedniej opcji będzie zależał od danego biegu. Jeżeli będzie to ultramaraton, to tak czy owak nie będziemy pędzić z zawrotną prędkością i kije mogą być śmiało rozłożone. Jeżeli czeka nas bieg na krótszym dystansie to warto się zastanowić czy kije w ogóle będą nam potrzebne?

i-fizan-compact-rozmiar-58cm-132cm

Dzień (i noc) próby – Bieg K-B-L

Po tej niedługiej przygodzie z kijami przyszła pora na prawdziwy test. Podczas 110 kilometrów biegu K-B-L na wierzch miały wyjść wszystkie pozytywne i negatywne strony kijów w ogóle, a Fizan Compact w szczególności. Żeby jednak nie rozwodzić się nad samym biegiem, przejdę od razu do konkretów:

Plusy:

    • Dobrze skręcone kije nie zsuwają nam się. Podczas całego biegu nie musiałem poprawiać długości kijów, bo zaciski są na tyle mocne, że nawet intensywne użytkowanie nie robi na nich większego wrażenia.
    • Kije są naprawdę lekkie. Skoro przez kilkanaście godzin biegu nie zwracałem uwagi na ich wagę, to może świadczyć tylko o jednym – Fizan Compact są lekkie i bieg z nimi nie zmęczy nas bardziej niż bieg z pustymi rękami.
    • Choć nie wynika to z szczególnych właściwości tego akurat kompletu, to samo posiadanie kijów na tak długim biegu uznaję za plus 😉
    • Paski dobrze trzymają ręce. Momentami przydałyby się rękawiczki, ale w ogólnym rozrachunku paski wydają mi się wygodniejsze, ponieważ szybciej ściąga się je z rąk, przez co bieg nabiera większej dynamiki.

Minusy:

    • Piankowy uchwyt. Generalnie nie jest zły, ale po kilku godzinach trzymanie go nie należy do przyjemności. Domyślam się, że z plastikowym byłoby jeszcze gorzej, ale korek daje zapewne odrobinę lepsze odczucia. Na kolejny długi bieg spróbuję skorzystać z włąsnych rękawiczek.
    • Nie sposób wyregulować kijów spoconymi rękami. Już o tym wspominałem, ale wydaje się to warte wspomnienia w kontekście długich biegów. W moim przypadku skończyło się na biegu z kijami ustawionymi cały czas na jednej długości. Nie przeszkadzało mi to, ale to jednak minus.
    • Grafika na kiju szybko się ściera. Nie przywiązuję do tego zbytniej wagi, ale niektórym pewnie będzie zależało na wyglądzie sprzętu 😉

Podsumowując, bardzo dobrze oceniam kije Fizan Compact. Nie da się ukryć, że mają swoje wady, ale ich jakość w stosunku do ceny jest naprawdę zadowalająca. Domyślam się, że będą mi służyły na wielu biegach ultra w przyszłości, choć pewnie nie będę z nich zbyt często korzystał na dystansach maratońskich czy krótszych. Jeżeli chcecie sprawdzić, czy bieganie z kijami sprawdzi się w waszym przypadku, możecie śmiało kupić ten zestaw. W moim przypadku Fizan Compact sprawdziły się i częściowo dzięki ich pomocy ukończyłem swój pierwszy bieg ultra.

Plecak Salomon S-Lab Advanced Skin Hydro 5 Set – recenzja

resizeImage

W końcu biorę na warsztat plecak, o który pyta mnie większość znajomych. Sprawa ma się oczywiście jasno – czy warto wydawać tyle pieniędzy? W tej recenzji postaram się dać Wam pełny obraz tego, jak mi biega się z Salomon S-Lab Skin Hydro 5 Set. Mam nadzieję, że po lekturze sami odpowiecie sobie na pytanie, czy jego właściwości są warte ceny. W ostatnim numerze Magazynu Bieganie zwróciłem uwagę na podział tego typu sprzętu na plecaki i kamizelki, ja jednak pozostanę na stanowisku, że to jedno i to samo, więc obu nazw będę używał synonimicznie w stosunku do recenzowanego produktu. Ostrzegam, że trochę skaczę po tematach, bo recenzję uzupełniałem kilkakrotnie po nowych spostrzeżeniach.

Dopasowanie i komfort

To najprawdopodobniej największa zaleta tego plecaka. Jedynym wymogiem jest dobór odpowiedniego rozmiaru. Ja miałem okazję przymierzyć dwa modele – w rozmiarze M/L oraz XL i zdecydowałem się na ten drugi. Jest to kwestia fundamentalna, ponieważ w S-Lab Skin Hydro Set 5 nie jesteśmy w stanie wyregulować długości szelek, operujemy jedynie gumkami, które znajdują się między nimi i pozwalają mocniej „przytulić” plecak do ciała. Na stronie producenta nie znalazłem tabeli rozmiarów, z której można by wyczytać odpowiednią dla siebie wielkość, więc polecam wszystkim znaleźć miejsce, w którym plecak można założyć.

Co do wspomnianych gumek, to spełniają swoje zadanie rewelacyjnie. Ich regulacja to kwestia jednego pociągnięcia, bądź poluzowania jedną lub obiema rękami. Gdy w trakcie biegu zmienia się waga plecaka (wypijamy napoje, zakładamy/ściągamy kurtkę itp.), jesteśmy w stanie od razu reagować na to regulując odpowiednio plecak. Nic nam nie lata, nic nie obciera ciała. Warto zaznaczyć, że tak dobre wrażenia miałem zarówno po biegu w zwykłej koszulce, jak i po treningach w bluzach/kurtach, a nawet biegając z plecakiem na „gołej klacie”.

resizeImage (3)

Bieg z kijami

Plecak/kamizelkę sprawdzałem też pod kątem biegu z kijami. Na szczycie prawej szelki i w dolnej części plecaka znajdziecie gumki, dzięki którym przymocujemy kije do plecaka, by nie zajmowały nam rąk w trakcie biegu. System sprawdza się bardzo dobrze – kije nie latają, nie obciążają nierównomiernie pleców i nawet przy szybkich, technicznych zbiegach możemy czuć się pewnie. Wyciągnięcie kijów podczas biegu nie sprawia najmniejszych problemów. Starczą dwa ruchy ręką i kije są gotowe do użycia – wyciągając je przez bark można się poczuć jak samuraj.

resizeImage (4)

Soft Flaski

W zestawie dostajemy dwa miękkie bidony o pojemności 500 ml. Ich dedykowanym miejscem spoczynku są kieszonki w szelkach, choć można je nosić także w jednej z tylnych kieszeni, by przednie zostawić na inne produkty. Głównym zmartwieniem większości recenzentów S-Lab Skin Hydro 5 Set jest brak bukłaka na napoje, co rzeczywiście jest dziwne, gdy weźmie się pod uwagę, że dostajemy termiczny „sweter” do… bukłaka właśnie. Mój stary bukłak nie mieścił się do owego swetra, więc od razu odpuściłem tę sprawę.

Nie będę ukrywał, że bidony na szelkach w moim przypadku okazały się strzałem w dziesiątkę. By się napić, wystarczy się schylić do jednego z ustników, przegryźć i lekko docisnąć miękki bidon. Pozostawiając na boku skojarzenia z piciem z własnych sutków, jest to bardzo wygodny system. Flaski wraz z ubywaniem napoju stają się coraz mniejsze, dzięki czemu zajmują nam mniej miejsca, a po całkowitym wypróżnieniu można je śmiało zwinąć i spakować do kieszeni. W ten sposób otrzymujemy kolejne wolne kieszenie. Jedyny problem stanowiło ponowne napełnienie bidonów – dość ciężko rozkręca się je spoconymi dłońmi i czasami musiałem sobie pomagać zębami. Dla biegaczy korzystających z suplementów w proszku problematyczne mogą być także małe otworzy bidonów. Trzeba chwili cierpliwości by wsypać tam odżywkę.

Flaski wykorzystywałem też jako zwykłe bidony do biegania w ręce. Pewnie leżą w dłoni, nie obciążają, a jedyny problem (który występuje także w przypadku plastikowych bidonów) to mocno pocące się dłonie. Nie sprawia to jednak, by flask wyślizgiwał nam się.

resizeImage (5)

Kieszenie i ich dostępność podczas biegu

Na każdej szelce znajdziemy po dwie kieszenie – jedną na drobiazgi oraz drugą, która jest dostosowana do bidonów, choć można w niej upchnąć inne rzeczy, gdy np. biegniemy z bukłakiem. Mniejsza kieszeń zaskakuje swoją pojemnością, wbrew wszelkim pozorom zmieściłem tam trzy żele (a konkretnie Agisko, by zobrazować wam ich wielkość), więc na samych przednich kieszonkach możemy się uzbroić na długi bieg.

Jeżeli jesteście przywiązani do tradycyjnych bidonów i nie w smak wam soft flaski, to niestety możecie mieć problem ze zmieszczeniem dużych plastikowych pojemników w kieszeni na bidony. Jest ona wykrojona na flaski i większe bidony wchodzą tam trochę na siłę. Da się je jednak zmieścić.

Na wysokości bioder mamy kolejne cztery kieszenie, po dwie na każdą stronę. Jedna z nich otwiera się od góry i nie ma zamka, drugą zamkniemy zamkiem błyskawicznym, a jej wejście ustawione jest bokiem. Jest ona przy okazji znacznie dłuższa. By nie sprowadzać wszystkiego do żeli – zmieścicie tam telefon lub czołówkę, paczkę chusteczek i inne porównywalne gabarytami gadżety. Ja zazwyczaj noszę tam właśnie chusteczki i zapas baterii do latarki.

Główna komora i największa kieszeń

Główna komora dzieli się na dwie części, które nie są zapinane zamkami. W części od strony pleców najdziemy wspomniany „termiczny sweter” na bukłak z wodą, który możemy wyciagnąć i w ten sposób zyskać więcej miejsca. Znajduje się tam także mała podwieszana kieszeń, gdzie możemy trzymać folię NRC lub inne drobiazgi. W drugiej komorze możemy upchnąć resztę potrzebnego w danej chwili sprzętu. Wykonano ją z bardzo rozciągliwego materiału i wbrew pozorom można tam zmieścić sporo bagażu nawet w 5 litrowej wersji plecaka.

Poniżej znajduje się podłużna, również nie zamykana kieszeń, do której przy odrobinie jogi dostaniemy się podczas biegu. Bez problemu mieszczą się tam duże bidony i butelki, co daje okazję do uwolnienia kieszeni przeznaczonych na soft flaski. Mimo braku zamków, nie zdarzyło mi się, żeby cokolwiek wypadło z tej kieszeni i z głównej komory – plecak otula nasze plecy, a tym samym przytrzymuje rzeczy przy naszym ciele.

To czego mi brakuje w tej strefie plecaka to gumki, które bardzo często występują w innych modelach plecaków biegowych. Dzięki nim moglibyśmy oszczędzić miejsce wewnątrz komór i np. zamocować na gumkach zmienne ubrania. Korzystałem z takiej opcji w swoim poprzednim plecaku, tutaj musiałęm wszystko wrzucać do wnętrza.

resizeImage (1)

Mycie plecaka

Niewielu recenzentów zwraca uwagę na ten aspekt przy opisywaniu plecaków, a jest to sprawa dużej wagi. Długie biegi górskie (i nie tylko) zmuszają nas do zabierania na trasę podręcznych źródeł energii. Czy będzie to żel, baton, czy jakakolwiek inna forma węglowodanów, zawsze zastaniemy ją w sztucznym opakowaniu. Kulturalnemu turyście (a do takich przecież się zaliczamy) przez myśl nie przejdzie, by wspomniane opakowanie rzucić w krzaki po posileniu się, w związku z czym pakujemy je do jednej z kieszeni. Zazwyczaj wewnątrz zostanie trochę żelu czy czekolady i na koniec biegu nasz plecak wygląda jakby ktoś na niego, delikatnie mówiąc, „narobił”.

I tutaj właśnie, w klasycznej formie pojawia się główny powód, dla którego piszę o myciu plecaka. Materiał, z którego jest on wykonany, powinien nam zapewnić szybkie i bezproblemowe wymycie z resztek żelu czy batona i tak właśnie dzieje się w przypadku plecaka Salomona. W związku z tym, że jest on niemal w całości wykonany z siatki, wystarczy, że przetrzemy go lekko zwilżonym ręcznikiem i… właściwie jest już po sprawie. Co więcej, osuszenie zamoczonego materiału zwykłą chusteczką sprawia, że plecak od razu jest gotowy do ponownego użycia, więc całą procedurę mycia można wykonać nawet na trasie.

W przypadku mycia całego plecaka – płukałem go zimną wodą pod kranem, jak zwykłą koszulkę. Sprawdzało się doskonale.

resizeImage (2)

Uwagi recenzentów

Przed zakupem tego plecaka spotkałem się z opiniami, że materiał, z którego jest wykonany, bardzo mocno chłonie wodę i pot, przez co plecak robi się cięższy. Zarówno pierwsza, jak i druga część zarzutu się zgadza – plecak mocno chłonie wodę i pewnie robi się odrobinę cięższy, choć nie poczujemy tego ciężaru na sobie. Większym problemem będzie zachowane w suchym stanie schowanych wewnątrz rzeczy. Po kilku biegach nauczyłem się, że portfel, telefon i inne wrażliwe gadżety warto schować do plaskiowych torebek zapinanych na zacisk. Podobnie proponuję chronić mapę, jeżeli biegniemy z modelem papierowym, nielaminowanym.

 

Luźny werdykt

Mówiąc całkowicie szczerze, stałem się wielkim fanem tego plecaka. Wszystkie wady, które wymieniłem w recenzji są jedynie „szukaniem dziury w całym”, bo w porównaniu do dwóch poprzednich modeli plecaków, z którymi biegałem (Quechua i Asics) to zupełnie inny – szalenie wyższy – poziom. Niezależnie od długości biegu i warunków pogodowych, za każdym razem czułem się w nim komfortowo. Jeżeli możecie sobie pozwolić na taki zakup lub uda Wam się namówić znajomych na urodzinowom zbiórkę, to gorąco polecam ten produkt. Nie sądzę, aby ktokolwiek czuł się zawiedziony.

O Salomon S-Lab Skin Hydro Set 5 mógłbym pisać jeszcze bardzo długo, ale nie chciałbym Was zanudzać. Jeżeli macie pytania dotyczące tego produktu, na które nie odpowiedziałem w recenzji, to proszę o komentarze – chętnie opiszę wszystko, o czym zapomniałem wspomnieć w tekście.

 

PS Zdjęcia ukradłem ze strony Salomona. Oby nie mieli mi za złe 😦

Alberto Salazar “14 minut” – recenzja książki

14_minut_Salazar_okladka

Co się stanie, gdy młody chłopak o kubańskim temperamencie trafi do ojczyzny konkurencji i sportowej rywalizacji? Odpowiedź znajdziemy w wydanej przez Galaktykę historii Alberto Salazara – legendarnego biegacza i trenera największych gwiazd biegów długodystansowych. 14 minut polecali mi znajomi, a po przeczytaniu biografii Mo Faraha, jednego z podopiecznych Salazara, wiedziałem już, że muszę po nią sięgnąć.

 

Ojciec, Kuba i Che Guevara

Alberto Salazar zaczyna swoją książkę dość niespodziewanie od historii swojego ojca i jego ojczystego kraju. Jose Salazar był w samym centrum burzliwych wydarzeń kubańskiej rewolucji i nauka, którą wyniósł z tych wydarzeń ukształtowała jego charakter. Nie pozostało to bez wpływu na młodego Alberto, który już w młodości wiedział, że w życiu trzeba przestrzegać pewnych zasad, a szacunek zdobywa się ciężką pracą. Gdy cała rodzina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, wspomnianej ojczyzny rywalizacji, Alberto wiedział już, że cały swój trud włoży w sport – zostanie najlepszym biegaczem długodystansowym na świecie.

W tym miejscu mogłaby się zacząć litania nazwisk, zawodów i czasów na poszczególnych dystansach, które Alberto osiągał w drodze na szczyt, ale jego życie było dużo bardziej skomplikowane. Choć zabrzmi to nieco patetycznie, na drodze młodego biegacza dość często stawała… śmierć. Począwszy od chwili, gdy za młodu bawił się z bratem łukiem i nabitym pistoletem, po późniejsze historie z samych tras biegowych, Alberto przynajmniej kilka razy w ciągu swojego życia musiał godzić się z tym, że piasek w jego klepsydrze już się przesypał. Część z opisów tych sytuacji brzmi nawet zabawnie, ale domyślam się, że wydają się takie dopiero z perspektywy czasu. Oprócz śmierci dużą rolę w tym przedstawieniu ma zwykłe szczęście, które często wskazywało Salazarowi drogę w chwilach zagubienia.

Charakter ojca i atmosfera w domu, przeprowadzka do Ameryki oraz stałe balansowanie na granicy życia i śmierci – to główne czynniki, które sprawiły, że nazwisko Alberto Salazara nie jest nam dziś obojętne. Jego szalenie rywalizacyjne podejście do sportu sprawiło, że sam dotarł na szczyt biegowego świata, a następnie pomógł dotrzeć tam swoim podopiecznym. 14 minut opisuje drogę do wszystkich tych sukcesów.

Narodziny masowego biegania

Nie wprost, ale w bardzo wielu fragmentach 14 minut można znaleźć ciekawe opisy początków amerykańskiego boomu na bieganie. Z historii Salazara dowiemy się, kto tworzył społeczeństwo biegaczy w tamtym okresie, jak organizowano zawody i, a może przede wszystkim, jak wówczas trenowano biegania. Wyławianie tych fragmentów pozwoli nam na dość ciekawe porównania do obecnego okresu wielkiej popularności naszego sportu w Polsce.

Jak się czyta?

Jak większość książek motywacyjnych – szybko. Zaskakuje jednak brak rozdziałów, a jedynie podział książki na znacznie obszerniejsze części. Dla czytelników, którym zdarza się odłożyć książkę na wiele dni, a potem do niej wracać, może to stanowić problem. Brakuje mi także większej liczby zdjęć, które stały się swego rodzaju wizytówką książek wydawanych przez Galaktykę. Są to jednak kosmetyczne wady, które nikną przy samej lekturze. Napisana z pomocą Johna Branta książka porywa od pierwszych stron i trzyma nas do samych podziękowań, a opisy poszczególnych biegów i walki na trasie sprawiają, że chce się wyjść na trening natychmiast po ich przeczytaniu. Co ciekawe, po skończeniu książki wynoszę wrażenie, że 14 minut to dość spory skrót z życia Salazara, a historie, które mógłby nam opowiadać nie skończyłyby się jeszcze długo.

Mit “darmowego biegania”

6610a71075aba2935aa95d5912d18c7f6d45ce52

Wymiana zdań pod jednym z artykułów skłoniła mnie, żeby zająć się tym tematem. Nie raz, szczególnie w tekstach dla początkujących biegaczy, spotkamy się ze stwierdzeniem, że bieganie to idealny sport dla każdego, bo do jego uprawiania wystarczą nam nogi i trochę chęci. Do tej pory sądziłem, że wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że jest to ogromne uproszczenie i traktowanie go jako argumentu w dyskusji jest co najmniej niedorzeczne, okazało się jednak, że się mylę i znalazł się „biegacz”, który „biega w górach” i „jego mama też biega”, uważający, że wciskam ludziom kit, pisząc o zaletach butów czy ubrań przeznaczonych do biegania. W końcu bieganie jest sportem darmowym i wystarczą nam nogi, tak?

 

Fajne hasełko

Wydaje mi się, że żywotność mitu „darmowego biegania” wiąże się z jego walorem propagandowym oraz z niezrozumieniem podstawowej różnicy między aktywnością i sportem. To pierwsze wyjaśnię krótko, bo ciekawszy, i ważniejszy moim zdaniem. jest drugi aspekt tego problemu.

„Bieganie jest darmowe” brzmi dobrze. W końcu większość z nas zaczęła biegać, żeby schudnąć, a suplementy, odpowiednia dieta czy karnet na salę fitness kosztują relatywnie dużo, więc zestawiając z nimi „darmowe” bieganie z pewnością wybierzemy do ostatnie. Jeżeli zaczynamy biegać by poprawić swoją kondycję, to sprawa ma się podobnie – skoro jest darmowe, to chętniej z niego skorzystamy, zamiast płacić za siłownię lub basen. Gdy do tych zalet dorzucimy fakt, że hasło „bieganie jest darmowe” jest krótkie i łatwe do zapamiętania czy wpisania w internetową grafikę, to mamy przepis na wielką popularność tego mitu.

Aktywność i sport

Drugą kwestią jest wspomniane niezrozumienie różnicy pomiędzy zwykłą aktywnością i sportem. By obrazowo podjąć ten temat, posłużę się przykładami niezwiązanymi z bieganiem i dojdę do niego na końcu. Co powiecie na nurkowanie? Otóż nurkować można w wannie, do której uprzednio nalejemy odpowiednio dużo wody. W takim razie, pomijając koszt tych kilkunastu litrów H2O, dostajemy darmowy sport, racja? Ciekawe tylko, co powiedziałby na to rekordzista świata w nurkowaniu na obiegu zamkniętym, Krzysztof Starnawski? Polecam sprawdzić na czym polegał jego wyczyn i różnica między tymi przykładami będzie oczywista.

Nurkowanie, jako takie, może być darmową aktywnością – może je podjąć każdy, kto potrafi wstrzymać oddech na kilka sekund. Jednak od nurkowania – sportu, tę aktywność dzielą lata świetlne, które Panu Krzysztofowi z pewnością nie upłynęły na darmowym nurzaniu się w wannie.

Chodzenie to prawie bieganie i też jest darmowe (?)

Przykład drugi, bliższy bieganiu, a mianowicie chodzenie. Chodzimy wszyscy, więc wydawałoby się, że tym razem jestem pod ścianą i muszę uznać, że jest to sport darmowy. Ja jednak będę uparty i polecę do rozważenia kolejne przykłady. Człowiek o dwóch sprawnych nogach może chodzić do woli (powiedzmy, że „póki rezerwy energetycznie mu na to pozwolą”), a jak to się ma do chodzenia, które uprawiał Robert Korzeniowski? Chciałbym żyć w świecie, w którym czas od narodzin do Olimpiady Pan Robert spędził spacerując po osiedlowym parku w parze trampek, ale dam sobie brodę ściąć, że tak nie było.

Czy chodzenie jest darmową aktywnością? Oczywiście! Czy jest darmowym sportem? Nie!

Pora na nasze bieganie…

Nie zaskoczę Was już niczym, bo problem w przypadku biegania wygląda dokładnie tak samo. Zaskakujące dla niektórych może być jedno – Amerykanie wpadli na to, jak rozwiązać mit „darmowego biegania”. Co ciekawe, nie byli to mityczni „amerykańscy naukowcy”, ale zwykli biegacze, którzy podjęli ten problem, gdy w Stanach rozpoczął się pierwszy boom na bieganie.

Żeby nie zalewać Was po raz kolejny przykładami, przejdę od razu do sedna – bieganie jako aktywność jest darmowe. Może je podjąć każdy, kto będzie zdolny przeskakiwać z nogi na nogę, poruszając się do przodu lub w tył. Każdy z nas może w jakimkolwiek momencie wstać z fotela i po prostu się przebiec lub wyjść na zewnątrz i nie zwracając uwagi na swój strój, zrobić parę kilometrów. To faktycznie będzie bieganie i będzie darmowe (póki dżinsy nam się nie przetrą a mokasyny nie popękają).

Bieganie może być także relatywnie niedrogie. Jeżeli wdrożymy w życie mit „starych ciuchów z wuefu i trampek”, to dochodzimy do momentu, w którym nadal nie płacimy za wiele za bieganie. Najprostsze buty o sportowym wyglądzie do wydatek około 20 złotych, a spodnie dresowe i bawełniana koszulka na pewno walają nam się po domu. W takim stroju możemy bez problemów zrobić parę kilometrów wokół domu i wrócić z uśmiechem na ustach. Więc gdzie te koszty, o których miałem mówić?

Owe koszty pojawiają się, gdy przekraczamy barierę aktywności i przed nami rozwija się szeroka perspektywa, którą nazywam sportem. Czym wyróżnia się sport od prostej aktywności? Z pomocą przychodzi nam Słownik Języka Polskiego PWN, w którym znajdziemy informację, że sport to: ćwiczenia i gry mające na celu rozwijanie sprawności fizycznej i dążenie we współzawodnictwie do uzyskania jak najlepszych wyników. To oznacza, że już nie tylko wychodzimy raz na jakiś czas do parku na parę kilometrów, ale skupiamy się na rozwoju własnych umiejętności, trenujemy regularnie i bierzemy udział w zawodach, gdzie współzawodniczymy z innymi. Tutaj koszty pojawiają nam się na kilku poziomach: a) zapisujemy się do klubu sportowego lub na zorganizowane zajęcia; b) w związku regularnym treningiem nasze dotychczasowe ubrania zużywają się szybciej i częściej musimy je wymieniać; c) nasze dotychczasowe ubrania nie mają cech, które przydają się w czasie rywalizacji.

Od razu odbiję piłeczkę – pewnie, że można znaleźć darmowe, zorganizowane treningi biegowe, w których każdy może wziąć udział, ale uwierzcie mi, że mają się one nijak do treningów pod okiem trenera w klubie lub prywatnie. Co do drugiego punktu – nie muszę udowadniać, że ubrania dedykowane biegaczom są bardziej trwałe od zwykłych dresów i „obuwia sportowego”. Wystarczy, że będziecie częściej wymieniać te drugie i koszty zaczną rosnąć nawet na tanich ciuchach. Odnośnie punktu trzeciego mam pytanie, którego retoryczny charakter nie powinien być dla nikogo trudny do wychwycenia – czy sądzicie, że Usain Bolt pobiłby rekord świata na 100 metrów w waszych dresach i starych trampkach? Fakt, lata treningów pod okiem trenera (opłacanego), które opłaca firma sponsorująca Bolta, sprawiłyby, że pobiegł by szybko, ale na pewno nie tak, jak biega w swoich bajecznie drogich kolcach. Odbiję kolejną piłeczkę – tak, kiedyś biegano w zwykłych trampkach i w takim obuwiu bito kolejne rekordy w maratonie i na innych dystansach. Nie zmieniło się jednak to, że samo trenowanie było kosztowne i zawodnicy wspominają o tym w wielu wywiadach i książkach ze wspomnieniami. Należy także przypuszczać, że bicie kolejnych rekordów w biegach nie jest wyłącznie kwestią zmiany metodyki treningów (w której aż tak wielkich rewolucji nie ma), ale właśnie sprzętu, którego cechy na to pozwalają.

Ameryka i kwestie językowe

Jakie jest w takim razie rozwiązanie amerykanów, o którym wspominałem? To podział świata biegowego na jogging i running. Niby retoryka, a jednak za każdym z tych słów kryje się zupełnie inna wizja biegania. Jogging to wersja darmowa, którą z upodobaniem uprawia coraz więcej ludzi na świecie. Nie potrzeba im wiele, bo nie stawiają przed sobą celów sportowych – po prostu, dwa, trzy, może więcej razy w tygodniu wychodzą truchtać po okolicznych ścieżkach. A czym jest running? Running to bieganie-sport, to trenowanie, poprawianie swoich umiejętności, startowanie w zawodach nie po to, by odebrać żurek i kawałek metalu na sznurku, ale po to, by pokazać na co mnie stać, nawet jeżeli będę ostatni na mecie. Running wiąże się z kosztami – droższy sprzęt zapewnia m.in. lekkość, która jest nieoceniona przy sportowym bieganiu; trening pod okiem trenera to kolejne wydatki, a godziny poświęcone na bieganie często przekładają się na brak rozwoju zawodowego i wyższych zarobków (co więcej, często kończą się koniecznością porzucenia „zwykłej” pracy); kosztują także same zawody, o czym doskonale wiemy.

Nie ma sensu dalej wyliczać kosztów związanych z bieganiem-running, bo większość z nich jest oczywista dla trenujących biegaczy, a zupełnie nieistotna z punktu widzenia biegaczy uprawiających jogging. Warte wspomnienia są próby wprowadzenia w polskim światku wspomnianego wyżej podziału. W jednej z publikacji możemy spotkać podział na: ludzi, którzy biegają oraz tych, którzy trenują bieganie. Na różnych forach internetowych nieraz znajdziemy z kolei podział na truchtaczy i biegaczy. Pierwszy nie przyjął się jednak w szerszym kręgu, a drugi wydaje się obraźliwy, więc nie powinien być praktykowany.

Bez obrazy!

Nie chciałbym, żeby ktoś wyciągnął z mojego tekstu wniosek, że ludzie biegający z starych dresach nie są biegaczami lub, że w jakikolwiek sposób chcę im umniejszyć. Jestem zwolennikiem popularyzacji biegania i cieszy mnie widok każdego biegacza, którego mijam w przydomowym parku. To nie jest także pochwała wysokich cen, które czasami trzeba zapłacić za ubrania dedykowane biegaczom. Trzeba jednak stanowczo zerwać z mitem „darmowego biegania”.

Teksty dotyczące ubrań biegowych, które publikuje na portalu Trening Biegacza nie mają za zadanie „zmusić” kogokolwiek do wydawania pieniędzy. Jeżeli ktoś chce biegać boso, ubrany w same majtki, to jego sprawa i życzę mu wszystkiego najlepszego, ale to ze sportem najczęściej nie będzie miało wiele wspólnego. Jeżeli jednak ktoś chciałby zająć się trenowaniem biegania, to znajdzie na tym portalu teksty, dzięki którym pozna podstawowe wady i zalety danych produktów, które testujemy na samych sobie.

Wybór między joggingiem i runningiem należy do Was i wybranie tego pierwszego wcale nie jest poniżeniem, ale jasnym ustawieniem swoich celów i potrzeb.

Pierwsze treningi w sandałach biegowych

10455938_259574494237345_8296453639002859522_n

Nie jestem sandałowym guru, ale kilka miesięcy biegania w takich butach (?) mam już za sobą, w związku z czym wiem, co czeka większość amatorów biegania naturalnego, którzy postanowią zostawić za sobą tradycyjne obuwie i poczuć wiatr w stopach. Z lektury innych „minimalistycznych poradników” pewnie już wiecie, że początki są bardzo ciężkie, a na pierwszych treningach łydki płoną niczym znicz olimpijski, ale to nie wszystkie tajemnice, jakie kryje za sobą początek przygody z huarache.

Boli, ale warto

Zacznę od najważniejszego – nie chciałbym, aby wypisane w tym tekście negatywne strony początków biegania w sandałach przesłoniły Wam najważniejsze, a mianowicie, że naprawdę warto spróbować swoich sił w tej materii! Gdy zaciśniemy zęby i przejdziemy przez kilkanaście pierwszych treningów w takim obuwiu, zauważymy, jak wiele pozytywnych skutków wynika z ich używania. Poprawi się nasza technika biegu, siła oraz wytrzymałość, a na ścieżkach biegowych będziemy wzbudzać większą sensację niż Natalia Siwiec na stadionach. By przejść tę drogę możliwie bezboleśnie, przedstawię Wam kilka porad, o których ja chciałbym wiedzieć, zanim sam zacząłem tę przygodę. A więc łapiemy głęboki oddech i odnajdujemy w sobie „Urodzonych biegaczy”…

  1. Poznajcie wszystkie ćwiczenia rozciągające i rozluźniające łydki.

Pisząc „wszystkie”, mam na myśli WSZYSTKIE, jakie tylko uda Wam się znaleźć w literaturze, internecie czy wśród znajomych. W zależności od waszego doświadczenia z bieganiem naturalnym i minimalistycznymi butami, łydki będą Was bolały bardziej lub mniej, ale niezależnie od bólu będą one znacznie mocniej eksploatowane niż w przypadku biegania „na piętę”. Skoro będą mocniej obciążone, to jest dużo większa szansa, że po treningu będą spięte i twarde jak bele drewna. W takim wypadku jedyne, co może im (i przy okazji Wam) przynieść ulgę to porządna sesja rozciągania. W Waszym arsenale powinny się znaleźć nie tylko ćwiczenia rozciągające mięśnie brzuchate łydki, ale także płaszczkowane i mięśnie piszczelowe. Najlepiej przyjąć prostą zasadę – przy rozciąganiu dużo więcej uwagi poświęcamy łydkom, a resztę partii traktujemy tak, jak do tej pory.

  1. Odpuśćcie trening w sandałach, gdy w planach macie wyjście na plażę lub basen

By nie spowodować u Was odruchów wymiotnych, nie będę publikował zdjęć swoich stóp po pierwszych treningach w sandałach. Nieprzyzwyczajone do roli „amortyzatora” podeszwy stopy za horror, który im fundujecie, odwdzięczą się pokaźną liczbą krwiaków, pęcherzy i stratą skóry. By sprawa stała się jasna jak kufel słabego piwa powiem, że po pierwszych treningach miałem przez kilka dni kłopoty, żeby normalnie stawiać stopy z powodu odcisków i krwiaków. Jeżeli nie chcecie prezentować takiego dramatu szerszej publiczności, upewnijcie się, że po pierwszych treningach w sandałach nie czeka Was wizyta w miejscowym Aquaparku.

  1. Poznajcie swoje sandały

Wbrew pozorom modele sandałów dostępnych na rynku różnią się między sobą wieloma detalami. Sprawą najważniejszą będzie dla Was sposób „sznurowania” – czy wykorzystamy do tego paski czy sznurki, zepniemy je klamerką czy zawiążemy itd. itp. Gdy już odbierzecie swoje pierwsze sandały zacznijcie od dokładnego rozpoznania sposobu ich zawiązywania, sprawdźcie, jak paski układają się na waszych stopach i jak ułożyć je odpowiednio, nauczcie się dobierać siłę napięcia. Dzięki temu unikniecie nie tylko obtarć spowodowanych przesuwającymi się paskami, ale także postojów w trakcie treningu. Poza tym sandały same w sobie są bardzo indywidualnie dostosowywanym obuwiem – sami musicie nauczyć się, jak najlepiej Wam je „sznurować”, nie ma jednej, uniwersalnej metody.

4. Przygotujcie się na blask reflektorów

Sandały nie są dobrym obuwiem dla biegaczy ceniących sobie spokój. Bieg w takim obuwiu zapewni Wam za każdym razem grono obserwatorów i komentatorów. Głośne uwagi zaczynają się na drwinach i niedowierzaniu, a kończą na podziwie i zazdrości – ciężko powiedzieć, na które natkniecie się częściej, ale warto wiedzieć o tym już na początku.

  1. Pomału, pomału

Tę radę pewnie już słyszeliście, ale wolę mieć pewność, że ją pamiętacie – nie liczcie na to, że niczym Indianie Christophera McDougalla wyruszycie w sandałach od razu na podbój ultramaratonów. Spotkałem się w książce Bieganie naturalne z zaleceniem, by przejście od biegania „na piętę” do „biegania naturalnego” odbywało się jak za pstryknięciem palcem – decydujemy się i nie ma już powrotu, ale nie jestem zwolennikiem takiego podejścia. Polecam na początek wplatać treningi w sandałach między biegi w tradycyjnym obuwiu. Mam kilka powodów, by proponować takie podejście, ale najważniejszym będzie to, że nie uwierzę, by ktoś, kto do tej pory biegał maratony, był w stanie powrócić do biegów 2-3 kilometrowych i powoli zdobywać doświadczenie w bieganiu naturalnym. To byłoby psychicznie nie do zniesienia. Ja tak nie mogłem.

  1. Wspomóżcie się obuwiem minimalistycznym

Wiem, że nie znajdzie się wielu takich, którzy będą w stanie kupić naraz dwie pary butów biegowych, bo takie rzeczy są najzwyczajniej w świecie drogie, ale w perspektywie 2-3 miesięcy zakup takich butów jest możliwy. Polecam do sandałów dokupić parę butów minimalistycznych, którymi uzupełnicie treningi w sandałach. Zapytacie: po co, skoro mają spełniać to samo zadanie? Otóż dlatego, że pełne obuwie mimo wszystko inaczej trzyma stopę i dzięki niemu liczba początkowych odcisków itp. będzie mniejsza, a to pozwoli Wam częściej pracować nad odpowiednią techniką. Jedynym warunkiem jest tu rzeczywisty minimalizm butów – nie 4-6 mm dropu, tylko zero i nie pianka amortyzacyjna, tylko kilka milimetrów gumy.

Na koniec powiem raz jeszcze – te wszystkie negatywne strony są niczym przy niesamowitym uczuciu wolności, gdy już będziemy spokojnie biegać w swoich quarache!
Zapraszam także do mojej recenzji polskich sandałów biegowych Monk Sandals:
https://wluznejformie.wordpress.com/recenzje/monk-sandals/